RSS
 

Bezdroża zwane prawdą…

06 gru

2017_12_WIGILIA-PrawdaWigilia 1935 rok…  Korpus Ochrony Pogranicza, batalion „Sienkiewicze” na sowieckiej granicy (jest tu też mój dziadek ze Śląska)… Ci żołnierze byli w większości prostymi ludźmi, ale jeszcze po dawnemu wierzyli w Prawdę, za którą warto nawet oddać życie, bo ona nie oznacza tylko suchych faktów, lecz żywą wartość – wiarę, honor, Ojczyznę.

Dziwne jest to dzisiejsze młode pokolenie – jakby boleśnie rozpięte między dwoma biegunami, z których jeden coraz bardziej pulsuje dawnymi wartościami, a drugi jakby zawisł gdzieś w martwej próżni. I nad tym drugim biegunem chciałbym się chwilę zatrzymać. Z jednej strony podziwiam tę „nowoczesną” część młodego pokolenia za rozmach twórczy, potencjał intelektualny i wiarę w swoje możliwości – czego zapewne mojemu pokoleniu brakowało. Z drugiej jednak strony dostrzegam pewne zagrożenia, szczególnie w tym swoistym podejściu do prawdy, która coraz częściej bywa traktowana jedynie w kategoriach informatycznej „zgodności zapisu”. Taka prawda ogranicza się do stwierdzania faktów, natomiast pozbawiona jest otwarcia na przestrzeń metafizyczną. Nie ma w niej dążności do takiego pułapu prawdy, na którym zespalać się ona może z dobrem i pięknem. Stąd też w dzisiejszej sztuce tak częsty kult chaosu i brzydoty, a brak czystego pragnienia i harmonii..

Młodzi ludzie często myślą, że prawdą jest sama szczerość, ograniczona do stwierdzeń typu: „to mnie nudzi”, „taki już jestem”, „tradycyjne wartości nic dla mnie nie znaczą” itd. Oczywiście każde takie stwierdzenie, jeśli jest szczere, może być ważnym punktem wyjścia ku prawdzie. Jeśli jednak nic po nim nie następuje, zaczyna służyć kłamstwu, bo zatrzaskuje świat młodego człowieka na pytania: skąd? …dlaczego? …co z tym zrobić? …czy mogę się mylić? …jak to odczytać? Poprzestanie na samej zgodności słowa z faktem,  bez postawienia tych pytań, staje się tylko faktografią, nie prawdą… Święty Jan zaczyna swą Ewangelię od tajemniczego wersetu: „Na początku było Słowo”, przywołując dalej wyznanie Chrzciciela: „Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa.” (J 1,17). Jak mogło istnieć samo Słowo? I czy przed Chrystusem nie było żadnej prawdy?

Oczywiście nie da się tu rozumieć pojęcia „Słowo” inaczej jak w kategoriach metafizycznych, więc i pozaczasowych. Prawda była rozsiana w ludziach jak ziarno – niezależnie od czasu i kultury. Co więc oznacza, że ujawnia się w Chrystusie? Prawda przychodzi na świat tylko tam, gdzie jest autentyczne pragnienie dobra – niezależnie od stanu wiedzy, intelektualnej sprawności, czy zaawansowanej techniki. Można to przyrównać do sztuki, która nie osiąga wyższego pułapu przez stosowanie kosztownych farb i wyrafinowanych technik. W równym stopniu zachwycić nas mogą pierwotne malowidła w Lascaux i tzw. sztuka naiwna w wydaniu Nikifora. Dlaczego? Bo zarówno Piękno, jak i Prawda to rzeki płynące przez serce i kierujące się do oceanu Dobra. Rzeka wychodząca ze swego łożyska staje się niszczycielskim żywiołem. Podobnie jest z Prawdą, gdy zostaje wyizolowana z żywego serca i włożona w encyklopedyczne ramy definiowalności czy bezduszne stwierdzenia faktów – zamienia się w zamulone rozlewiska wód, które zatracają pierwotny cel, nie dążąc już ku głębi oceanu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Aksjologia, estetyka, etyka

 

Jak lawa pod grubą skorupą …i jak głęboki korzeń – w żyznej, choć skażonej glebie

02 lis

1Wesele na Górnym Śląsku – Janów (dzisiejsza dzielnica Katowic), ok. 1920 r.

Z rosnącym smutkiem obserwuję degradację zewnętrznego wizerunku śląskiej kultury. I nie chodzi mi tutaj o wyższą półkę tejże kultury, gdzie nie brakuje ludzi naprawdę dużo dla Śląska czyniących – wykazujących troskę o pielęgnowanie ludowej tradycji i śląskiej mowy, o zgłębianie historycznej świadomości. To jednak zwykle nisza bardzo wąska, którą wypełnia kultura nie przedostająca się do szerokiej przestrzeni publicznej. Pisząc o degradacji, mam na myśli ten nieformalny poziom ekspresji, na którym śląskość idzie często w parze z agresywną polityką, zawężonym horyzontem czy wulgarnym humorem. Niestety nieraz bywa tak, że ten poziom kultury prezentują ludzie demonstrujący śląską odrębność i ostentacyjnie posługujący się śląską gwarą (często w odmianie ubogiej i prostackiej, ale przez obcych identyfikowaną ze Śląskiem). Od razu chciałbym przeprosić tych, którzy poczuli się moją oceną dotknięci – jestem świadom, że ten osąd ma charakter generalizujący, bo przecież i wśród tych osób spotkamy dużą różnorodność. O co więc chodzi?

Myślę, że Śląsk próbuje się bronić – z jednej strony przed próbą zepchnięcia do pozycji kultury „bercikowej”, lansowanej przez media i chętnie kupowanej na potrzeby biesiadnej rozrywki dla mniej wymagającej części społeczeństwa (która niestety zawsze przeważała). Z drugiej strony Śląsk broni się przed całkowitym wymazaniem śląskości jako przeżytku, zacofania, prowincjonalności. Tak więc dochodzi do swoistej polaryzacji postaw – na jednym biegunie mamy Ślązaków, którzy kształtują kulturę z górnej półki, ale dla wąskiej grupy odbiorców. Kulturę często niepowiązaną ze śląską ekspresją (przez gwarę i symbole), dlatego na zewnątrz nie identyfikowaną z wizerunkiem Śląska. Na drugim zaś biegunie dzieje się odwrotnie: bardzo aktywnie działają osoby, które na każdym kroku epatują śląskością, nie zawsze ją znając i niewiele mając do zaoferowania w samej sferze kultury… Dlatego żal mnie ogarnia, gdy dla przykładu patrzę na Podhale, gdzie te dwa nurty nie uległy polaryzacji – gdzie po górolsku nie wstydzą się mówić ludzie kształceni, a ludzie prości ich uznają za „swoich”, czerpiąc z wyższej półki, na ile tylko potrafią. Gdzie młodzież z dumą sięga po góralską gwarę i całą ludową kulturę.

Czy jednak znaczyłoby to, że plebejskość kultury śląskiej stała się samopożerającym się smokiem? Wszak nadal ludzie młodzi, którzy osiągają wyższy status  wykształcenia, na co dzień niezbyt chętnie posługują się śląską gwarą. Myślę jednak, że śląskość pozostaje w nich jak lawa skryta pod skorupą. Bardzo ważne jest jedno – by młodym Ślązakom uzmysłowić, na czym polega wartość śląskiej specyfiki. Mądry Ślązak był zawsze człowiekiem cichym. To w tej ciszy kształtuje się najgłębsza i najczystsza lawa kultury śląskiej. Ona nie potrzebuje wielkiej egzaltacji, nie wymaga trzepotania śląskimi flagami czy donośnego epatowania gwarą. To właśnie w domowym zaciszu poznawałem, czym jest prawdziwa mądrość Śląska, ucząc się jej od swojej Prababci i Babci, od Rodziców i starszego Brata. Ta mądrość jest jak lawa – gdy zbyt gwałtownie wypływa, wtedy szybko zastyga, pęka i ulega erozji. Dlatego tak ważne jest przesłanie dla młodych Ślązaków: nie wstydźcie się śląskich korzeni, pielęgnujcie je i bądźcie z nich dumni – ale nie używajcie ich do wynoszenia się nad innych, do wzajemnego okładania się nimi czy też do używania ich na rozpałkę, gdy się ich zawstydzicie. Korzeń ma pełnić zgoła inną funkcję, dając siłę dopiero wtedy, gdy wnika w glebę. A śląski korzeń penetruje ją szczególnie głęboko.

 

Między doświadczeniem nicości a pragnieniem pełni

07 paź

1 FRONT (Robert Erik)I wojna światowa w okopach – i list odczytywany z frontu… (z archiwalnych zdjęć publikowanych przez p. Roberta Erika z Ukrainy)

Wojna jest doświadczeniem szczególnego tragizmu człowieka wobec egzystencjalnego położenia między pragnieniem pełni a widmem nicości. Blaise Pascal nie znał jeszcze koszmaru wojny totalnej, ale swą myślą głęboko wpisał się w europejską literaturę jako prekursor egzystencjalizmu (na całe 3 wieki przed tą epoką!) – warto wczytać się w jego Myśli: „…czymże jest człowiek w przyrodzie? Nicością wobec nieskończoności, wszystkim wobec nicości, pośrodkiem między niczym a wszystkim. Jest nieskończenie oddalony od rozumienia ostateczności; cel rzeczy i ich początki są dlań na zawsze ukryte w nieprzeniknionej tajemnicy; równie niezdolny jest dojrzeć nicości, z której go wyrwano, jak nieskończoności, w której go pogrążono.”

Odnajdując w naszych Bieszczadach resztki okopów po I wojnie światowej – mroczne szczeliny transzei, które w lasach i na połoninach nawet po stu latach nie zdołały się jeszcze zabliźnić, przymykam oczy i próbuję wczuć się w tych brutalnie wyrwanych z rodzinnego domu chłopców. Co czuli, gdy znaleźli się w matni bez wyjścia – z jednej strony widmo anonimowej śmierci (nie tylko od kul, ale także od dezynterii, odmrożeń czy prozaicznego zapalenia płuc - ponoć te przyczyny śmierci często dominowały), a równie upiornym widmem rozstrzelania przez swoich w przypadku dezercji. Czy mieli jeszcze siły wybiegać tęsknotą ku rodzinnej chałupie, podążając za wysłanymi listami? Czy może już raczej biegli myślami ku swemu ostatecznemu przeznaczeniu, widząc swój dom wyłącznie z perspektywy niezależnego ducha?

Istotą bycia człowieka jest sposób jego rozumienia – jak pisał Heidegger. A Tischner rozwinął tę myśl o trzy aspekty tegoż rozumienia: NAD człowiekiem, POD człowiekiem i W człowieku. NAD to próba zrozumienia swego losu z perspektywy Boga (jak to czynił np. św. Augustyn), POD – to proces odwrotny, nazywany czasem „demaskacją oszusta”, który według „demaskatorów” miał w człowieku zamieszkać, dokonując rozmaitych projekcji duchowych. Za demaskatora miał się np. Freud, który mówił o „woli popędu”, Marks – wskazujący na „wolę bytu” czy Nietzsche – proklamujący „wolę mocy”. Demaskator głosi, że człowiek jest gorszy, niż mu się wydaje.  Mamy więc dwie drogi – teologizującą i terryzującą (od „terra” – ziemia) ale jest jeszcze droga trzecia: spojrzenie na człowieka przez pryzmat jego dramatu i relacji, jakie go łączą z innymi uczestnikami tego świata…

 

 

Specyfika śląskiej mentalności wobec 600 lat izolacji

28 wrz

Ślonzoki-Niymce-i-Poloki Radykalna różnica w pojmowaniu etosu polskości po dziś dzień bywa źródłem głębokiej alienacji Ślązaków – poczucia niezrozumienia i odrzucenia. Jeśli tej różnicy z obydwu stron nie przezwyciężymy, utracimy już na zawsze nadzieję scalenia narodu. Trzeba wszak wiedzieć, że proces zrastania Polski po rozbiorach wciąż jest aktualny - mimo iż od pamiętnego 1918 roku upływa okrągły wiek.

Niejednokrotnie spotykam się z bardzo krzywdzącą oceną, kierowaną pod adresem Ślązaków, których stereotypowy wizerunek przedstawiany jest w kategoriach tępych niewolników, chwiejnych bezideowców, czy wręcz paskudnych zdrajców. Jeśli na jakimś filmie pojawia się polskojęzyczny sługus hitlerowców, to prawie zawsze jest on Ślązakiem. Czy jednak naprawdę taka jest natura Ślązaków? A może wynika to z jakiegoś radykalnego niezrozumienia ich prawdziwej mentalności? Długo nad tym myślałem i analizując długą historię Śląska doszedłem do wniosku, że takie stereotypy wynikają z diametralnej różnicy między rdzennymi Ślązakami (tymi o polskiej tożsamości, bo o nich mowa) a ich rodakami z Galicji czy Kongresówki. I nie tyko chodzi tu o odmienność doraźnych sytuacji historycznych (np. odmowa włożenia niemieckiego munduru była na Śląsku traktowana na równi ze zdradą, a konsekwencje rozciągnięte były na całą rodzinę) – rzecz także w wielowiekowych uwarunkowaniach mentalnych i temu chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi.

Warto tu od razu podkreślić rzecz niezwykle istotną, która najczęściej wymyka się stereotypowemu pojmowaniu trzech zaborów. Otóż wbrew ogólnie panującej opinii Śląsk nigdy nie był pod zaborami. Stosując ogromne uproszczenie – w XIV w. Śląsk został przez polskich królów oddany Czechom (pod których panowaniem pozostał ok. 200 lat). Potem na kolejne dwa wieki spora jego część przejęta była przez Austriaków – by w XVIII wieku, na kolejne prawie 200 lat w wyniku wojen śląskich trafić pod pruskie panowanie. Rozbiory Polski nie miały więc z tą historią nic wspólnego, a Śląsk pozostawał przez ok. 600 lat (!) izolowany od Macierzy. Mimo to przez te sześć wieków wśród ludu pielęgnowana była mowa polska, którą dziś określa się mianem śląskiej gwary, a która w swej czystej postaci zachowała niezwykłe bogactwo staropolszczyzny. Zwróciłem na to uwagę, gdy głębiej wszedłem w literaturę staropolską, która jak żywo przypominała mi mowę mojej Prababci – były to liczne wyrazy i całe zwroty nieużywane już nigdzie poza Śląskiem.

Skąd zatem te mentalne różnice? Otóż Ślązak wychowany był na etosie pruskiego pragmatyzmu, podczas gdy jego rodak z Galicji czy Kongresówki karmiony był od dziecka etosem romantycznych zrywów narodowych, które najczęściej nie liczyły się z kosztami. Sens i cel działań był więc dla Ślązaka zawsze ważniejszy niż osobisty honor – co nie znaczy, że mniej kochał Polskę. Jeśli Ślązak stawał przed dramatycznym wyborem – czy za cenę zachowania godności wytracić swoją rodzinę, czy też pod przymusem włożyć obcy mundur, wybierał to ostatnie. I nie wynikało to ani z tchórzostwa, ani z konformizmu. Tak od wieków dyktowało mu sumienie, oparte na poczuciu sensu. By ocalić w sercu polskość, trzeba najpierw ocalić samo serce: rodzinę. Bo rodzina była dla Ślązaka pierwszą i najbliższą płaszczyzną namacalnej Ojczyzny. To w jej kameralnym gronie czytane były na głos polskie książki, to tutaj mówiło się zawsze po polsku (choć w urzędach i na ulicy trzeba było szwargotać), to tutaj uczyło się po polsku myśleć i czuć. Ujmując to górnolotnie, dla Ślązaka skazać swą rodzinę na wytracenie to zabić polskie serce Śląska.

Ta radykalna różnica w pojmowaniu polskości po dziś dzień bywa źródłem głębokiej alienacji Ślązaków – poczucia niezrozumienia i odrzucenia. Jeśli tej różnicy z obu stron nie będziemy przezwyciężać, utracimy już na zawsze nadzieję na scalenie narodu. Trzeba wszak wiedzieć, że proces porozbiorowego zrastania Polski wciąż trwa, mimo iż od pamiętnego 1918 roku upływa okrągły wiek.

 

Odwrócona ekonomia

24 wrz

2017_09_Kwiaty_jesienne

Najpiękniejszym symbolem przekroczenia osobniczego egoizmu jest kwiat. Roślina, która kwitnie, by wydać nasiona, nie służy już sobie. Wiele roślin po wydaniu kwiatów zamiera… Na zdjęciach rośliny jeszcze dziś, z początkiem jesieni kwitnące: czarcikęs łąkowy, goryczka trojeściowa z nawłocią pospolitą oraz czyściec błotny.

Doktryna Saint-Simona z 1830 roku głosiła: „Każdy (dostaje) wedle swych zdolności, a zdolności (trzeba dać) wedle jej zasług”. Podobnie brzmiała maksyma karbonariuszy (tajnego bractwa rewolucyjnego, wywodzącego się od masonerii) – „Każdemu według jego potrzeb, od każdego (wymagać) według jego sił” (Etienne Cabet, 1840). Zasada ta włączona została przez Karola Marksa do jego manifestu: „Każdy według swych zdolności, każdemu według jego potrzeb” (Krytyka Programu Gotajskiego, 1891). Wszędzie tu mamy do czynienia z bardzo indywidualnym dostępem do dystrybucji dóbr – doktryną, która ewoluowała w bezwzględnie równy ich podział na gruncie różnych systemów komunistycznych (co w praktyce pokazało, jak blisko „sprawiedliwości” w ten sposób pojmowanej do nieludzkiego okrojenia człowieka z jego potencjału i wolności). Wspólnym mianownikiem tych wszystkich założeń jest mentalność należności, która głęboko zakorzeniła się w ludzkim myśleniu.

Zupełnie inna jest wymowa dzisiejszej Ewangelii: „Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. (…) Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: »Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?«. Odpowiedzieli mu: »Bo nas nikt nie najął«. Rzekł im: »Idźcie i wy do winnicy«. A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: »Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych«. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierw-si, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: »Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty«. Na to odrzekł jednemu z nich: »Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie.”

Przypowieść wydaje się z pozoru pochwałą niesprawiedliwości. Jednak gdy wejrzeć w nią głębiej, znajdujemy tu przenicowanie owej „mentalności należności” w „mentalność wspaniałomyślności”. Istota daru i przebaczenia zawsze wymyka się myśleniu według idei sprawiedliwości. Nie ma już „coś za coś” – jest tylko „coś dla kogoś”. Obecność osoby otwiera człowieka na akt bezinteresownego dawania – tym większego, im większe są braki obdarowanego. Wchodzimy tym samym w zupełnie nową logikę myślenia, gdzie miłosierdzie wypiera sprawiedliwość, a wdzięczność zastępuje odpłatę wedle zasługi. Prawdziwie życiodajny potencjał odsłania się dopiero z chwilą urzeczywistnienia wdzięczności, w której otrzymane dobro zostaje przez siebie przemnożone. W ten sposób precyzyjna waga ustępuje miejsca dynamice życia, w której nie ma już martwej stabilności wszelkich dóbr – odtąd istnieje tylko geometryczny wzrost. Wzrost dobra pojętego w kategoriach przestrzeni wspólnej – stwarzanej na drodze nieustannych aktów uwspólnienia tego, co było dotąd własne. Dzieje się to jednak nie pod przymusem, lecz na płaszczyźnie wolnego aktu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Aksjologia, etyka, Religia, Wiara

 

Pielgrzymujący Ślązacy

17 sie

Pielgrzymki Ślązaków przed wojnąPo lewej – dzieci z Szopienic, pielgrzymujące pod patronatem Sodalicji Mariańskiej w latach 20-tych (wśród dziewcząt jest moja Babcia); w środku i po prawej – Ślązaczki z Szopienic pielgrzymujące do Kalwarii Zebrzydowskiej i do Częstochowy

Wartym uwagi fenomenem jest śląska religijność i zakorzeniona tradycja pielgrzymowania. Niezapomnianym przeżyciem była dla mnie pierwsza męska pielgrzymka do Piekar, na którą zabrał mnie mój Ojciec (jako 13-letniego chłopaka, który na ten moment poczuł się jak pełnoprawny mężczyzna). ;)  Był to akurat powiew zrywu solidarnościowego, więc towarzyszył nam również patriotyczny entuzjazm wolności, gdy przy pieśni „Boże coś Polskę” ponad głowami wyrósł las dłoni ze znakiem „V”. Jeśli ktoś z Was był kiedyś na męskiej pielgrzymce, to doświadczył też tej podniosłej atmosfery śpiewu, kiedy to pieśń zaczyna niemal grzmieć samymi męskimi głosami (zwłaszcza na Śląsku, gdzie tonacja głosu jest wyraźnie obniżona). Porównać to można tylko z Bogurodzicą na polach Grunwaldu.

Osobno pielgrzymowały kobiety. Tutaj niestety nie mam żadnych doświadczeń. ;) Wiem jednak z opowiadań, że taka pielgrzymka była poprzedzona gruntownym przygotowaniem (w zakresie ducha, jak i stroju), a także towarzyszył jej pewien rytuał (spowiedź, przebaczenie ze strony skrzywdzonych, błogosławieństwo męża lub rodziców itd.). Na taką pielgrzymkę jechało się jak na ostatnią drogę – nie wolno było ze sobą zabierać żadnej urazy w sercu, żadnej zawiści, żadnej złości. W grupie pielgrzymów również doświadczało się przedsmaku nieba, bo wszyscy byli względem siebie jak jedna rodzina: życzliwi i cierpliwi - mimo, iż często pielgrzymki takie odbywały się w karkołomnych warunkach (pamiętam jazdę pociągiem, w której jako dziecko byłem niemal wprasowany przez tłok do śmierdzącego chaźlika). Bynajmniej nie ucierpiała na tym podniosłość nastrojów – co najwyżej było trochę śmiechu. :)

Jedno z zamieszczonych powyżej zdjęć (po prawej) kryje w sobie tragiczną historię. Była to ostatnia pielgrzymka mojej Cioci Any, którą w miesiąc później, zaraz po wejściu Niemców, aresztowało gestapo za udział w patriotycznych spektaklach teatru „Opolanka”. Zmarła dwa lata później w obozie koncentracyjnym. Na zdjęciu jest w Częstochowie ze swoją mamą, a moją Prababcią. Ciocia Ana nosiła się już „po miejsku” – jako aktorka na każdym ze zdjęć wygląda zresztą bardzo modnie, tymczasem Prababcia jest w stroju chłopskim, nazywanym „chopiónką”, bo urodziła się na wsi pod Bieruniem – i jak wielu Ślązaków z końcem XIX wieku przywędrowała z mężem za pracą do szopienickiej huty… Natomiast zdjęcie po lewej przedstawia Sodalicję (ok. 1925 r.), która była formacją nie tylko religijną, ale również pełniącą rolę dzisiejszego harcerstwa – wychowywała obywateli w duchu patriotycznym, zaszczepiając etos polskiej tradycji i wprowadzając w głębię katolicyzmu.

 
 

Między małością a nieskończonością: w ciasnej i ciemnej bramie Wcielenia

08 sie

2017_08_Chrystus_AjnfartMalarskie wizje w śląskim ajnfarcie – z lewej: „Chrystus i samarytanka” (Jacek Malczewski), „Zmartwychwstanie” (Szymon Czechowicz), ; z prawej:  ”Ustawienie Krzyża” (Rubens) i ”Opłakiwanie Jezusa” (Pietro Cortona). Po środku: „Chrystus przed Piłatem” Malczewskiego.

Dlaczego tak istotny jest w chrześcijaństwie paradygmat inkarnacji Boga w Jezusie Chrystusie, a także głoszenie śmierci krzyżowej i zmartwychwstania? Komuś z boku zdawać by się mogło, że chodzi tu jedynie o jakieś kwestie teoretyczne, czy wręcz spekulacje z dziedziny teologii, które z życiem codziennym niewiele mają wspólnego. A przecież gdy się nad tym głębiej pochylić, wyłaniają się przed nami treści uniwersalne, wykraczające poza schematy religijne i poza wszelką kulturę. Dopiero wchodząc w ich właściwe rozumienie stajemy wobec Prawdy, która zapiera dech w piersiach, bo stanowi o totalnym przewartościowaniu całego myślenia.

Pełne objawienie w Chrystusie jest dla świata jednoznacznym drogowskazem, gdzie mamy poszukiwać Boga. Nie w abstrakcyjnych dysputach, nie w kosmicznych zaświatach, nie w ozłacanych tronach – ale właśnie w drugim człowieku i w samym sobie. Nie chodzi tu bynajmniej o ubóstwienie człowieka, ale o wejście w przestrzeń paradoksu, w którym nicość spotyka się z Absolutem, materia z duchem, czas z bezczasem. Prawdziwe spotkanie z żywą Osobą – tylko na tym realnym poziomie dotykamy rzeczywistości, która wyprowadza nas z niewoli Egiptu – ze zwierzęcej natury połączonej z upadłym duchem świadomości zła.

Dlaczego na tej płaszczyźnie niemożliwy się zdaje jakikolwiek dialog z islamem? (piszę celowo „z islamem”, choć dobrze wiem, że dialog można prowadzić z człowiekiem, nie z religią czy systemem – chodzi tu jednak nie o rozmowę z muzułmaninem, ale o utopijną próbę uzgodnienia pewnych wartości, które stoją na dwóch przeciwnych biegunach). W islamie Bóg jest hegemonem, niszczącym wszystko co od niego odległe i słabe. W Chrystusie zaś to, co słabe, nabiera duchowej mocy. Tam liczy się tron i przemoc (bezwzględne podporządkowanie) – tu mamy krzyż i wyrzeczenie z pełnym nadziei wyczekiwaniem. Ale tam też cały kapitał istnienia budowany jest na fundamencie pogardy – w Chrystusie znajdziemy tylko szacunek. Dwie jakże odmienne rzeczywistości – oraz trzy fundamentalne prawdy, których islam nigdy nie przyjmie: Boże Narodzenie, Ukrzyżowanie i Zmartwychwstanie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Aksjologia, etyka, Wiara

 

W pułapce obiektywizmu

03 lip

2017_07_Brzozów-kolegiata

Perła podkarpacia – XVII-wieczna kolegiata w Brzozowie…

Principium zachodniego poczucia sprawiedliwości opiera się na zasadzie równości wobec prawa. Gdy jednak tę równość odniesiemy do bardzo zróżnicowanej kondycji człowieka – wynikającej z przyczyn kulturowych, jak też z samej natury, sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana. Ileż absurdów pociąga dziś za sobą stosowanie równości wobec płci? Nie wspomnę już kwestii samej interpretacji płciowości. Często stajemy tu też przed rażącą niekonsekwencją stosowania tej zasady (np. zróżnicowany wiek emerytalny). Tym razem chciałem się jednak zająć zupełnie innym zagadnieniem, mianowicie przyjęciem równości wszystkich religii wobec prawa.

Pierwszym problemem, jaki się przed nami rysuje, jest sama definicja religii. Zgodnie z podejściem czysto laickim trzeba by za religię uznać zarówno happeningowy ruch ateistów pod szyldem „latającego potwora spaghetti”, jak też różne postacie satanizmu. Co za tym idzie? Oczywiście równe prawa w zabezpieczeniu miejsc i form kultu, a także w karaniu za „obrazę uczuć religijnych”. Nie można by więc wyśmiewać się z latającego makaronu – tak jak trudno byłoby już publicznie coś złego powiedzieć o szatanie. Nie wspomnę już o znacznie poważniejszych konsekwencjach – np. przyzwoleniu na ogłupianie lub deprawację dzieci w nauczaniu takich „religii”.

Czy można dziś na Zachodzie głosić, że akt homoseksualny jest grzechem? Nie, bo to przejaw homofobii (choć za uznaniem tego za grzech Kościół nie wzywa do nienawiści – przeciwnie: nakłania, by otoczyć takich ludzi szczególną troską). A jeśli w innych świątyniach ktoś głosi, że cała kultura zachodnia jest dziełem szatana i za zabicie niewiernych można od razu trafić do raju? Tu już prawo tak szybko nie ingeruje, bo gdyby tu zastosować jakąś cenzurę, to byłby przejaw ksenofobii na tle religijnym. A przecież młody człowiek po takiej indoktrynacji nie ma oporów, by zdetonować w tłumie niewiernych ładunki wybuchowe. Czy zatem zasada równości nie prowadzi do absurdu?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Aksjologia, etyka, prawo

 

Stwarzanie nowej ludzkości?

28 cze

2017_06_EMIGRANCIPrawdziwi UCHODŹCY (Ukraina, I wojna światowa) oraz IMIGRANCI zarobkowi – sto lat temu na Śląsku i dzisiaj na Morzu Śródziemnym

Wczoraj obserwowaliśmy kolejną już kulminację przerzutu imigrantów przez Morze Śródziemne. Brało w niej udział 14 okrętów – w tym jednostek należących do organizacji pozarządowych, realizujących określoną ideologię, zmierzającą do tworzenia „nowego człowieka”. Pomijając już fakt, że wśród imigrantów naprawdę mały odsetek stanowią kobiety i dzieci (starców w ogóle nie widać), chciałbym odwołać się czasów komuny, gdy również uciekano się do podobnych eksperymentów. Bo przecież komunistom chodziło o homogenizację człowieka w jego nowym, ideologicznie skrojonym garniturze, dlatego celowo pomniejszano istotę różnic etnicznych czy kulturowych.

Na Śląsk po wojnie ściągano całe rzesze młodych ludzi z różnych stron Polski (do tego celu stworzono nawet specjalne komórki werbunkowe, które jeździły po całym Kraju). Nigdy nie miałem nic przeciwko tzw. „gorolom”, znajdując wśród nich wielu przyjaciół, ale samą politykę miksowania społeczeństw zawsze uważałem za wysoce szkodliwą. Ludzie byli ściągani do hut i kopalń pokusą nowoczesnych osiedli i eksponowanych stanowisk (czego nie oferowano Ślązakom, którzy najczęściej pozostawiani byli na stanowiskach robotniczych i po staremu żyli w starych familokach). To rodziło wzajemne niechęci, jednocześnie doprowadzając do powstania osiedlowych molochów, zamieszkiwanych przez anonimową ludność, oderwaną od korzeni i często nie poczuwającą się do odpowiedzialności za nowe miejsce życia. Dziś widzimy, jakie to dało efekty – w postaci rozbudzanych antagonizmów i środowisk o wysokiej przestępczości.

A przecież powyższy przykład to tylko mikroskala tego, co obserwujemy dzisiaj. W dodatku wtedy chodziło o mieszanie ludzi tej samej kultury, religii i narodowości. Dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem znacznie groźniejszym, bo podszytym religijnym fanatyzmem. Przyrównać to można do gromadzenia prochu w miejscu, gdzie wciąż dochodzi do krzesania iskier (taką iskrą jest każdy kolejny zamach). Zło nie bierze się z przesiedleńców czy imigrantów, ale ze zniszczenia naturalnych więzów i wartości kulturowych, z oderwania człowieka od jego korzeni i przesadzenia w anonimowy, zupełnie obcy mu świat.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii etyka, historia, polityka, socjologia

 

Wolność a powołanie

03 cze

2017_06_Marta_Robin_Marta Robin była jak powalone drzewo - osiągnęła jednak pełnię w swym powołaniu.

Jeden z największych paradoksów naszego życia: prawdziwa wolność przychodzi wtedy, gdy człowiek przestaje myśleć o swojej wolności. A przecież tylko w wymiarze wolności każdy może się spełniać, czyli być szczęśliwym. To w wolności odnajdujemy nasze prawdziwe powołanie. Od razu warto tu jednak zadać pytanie zasadnicze: jak to słowo rozumieć? Czym jest nasze powołanie? Rodzajem profesji, którą się wykonuje? Pozycją w społeczeństwie i w rodzinie? A może realizacją talentu, jaki się w sobie nosi? Mam wrażenie, że najczęściej zbyt wąsko to pojęcie rozumiemy.

Powołanie to przede wszystkim zgodność naszej natury z wewnętrzną aktywnością, wpisaną w zewnętrzne warunki, w jakich przyszło nam żyć – i w wewnętrzną konstrukcję, w jaką zostaliśmy wyposażeni. To jedyna możliwa definicja, jaka mi pzychodzi na myśl – choć pewnie daleka jest od doskonałości. Oczywiście ta wewnętrzna aktywność przekłada się na działania i relacje zewnętrzne. Powołanie może być więc realizowane w roli matki i żony, ale nie może się do tych relacji ograniczać. Pozostaje przecież jeszcze konieczność otwarcia na przestrzeń innych osób, na cały świat, który nas otacza – inaczej to powołanie zamieni się w groteskę.

I jeszcze rzecz niezwykle według mnie istotna – powołanie nie musi być związane z żadnym talentem, zawodem, czy nawet z twórczą, intelektualną lub fizyczną aktywnością. Bo czy osoba sparaliżowana lub psychicznie ograniczona pozbawiona jest możliwości spełnienia się w powołaniu? Myślę, że może się w nim realizować bardziej, niż niejeden sportowiec, artysta, społecznik czy intelektualista. Iść za powołaniem to żyć w harmonii między światem zewnętrznym i wewnętrznym. Zaś istota tej harmonii tkwi w duchowym akcie. Najlepszym tego przykładem jest życie Marty Robin (niezorientowanym polecam wpisać w wyszukiwarkę).

 

Ślązacy na pruskim froncie – kartka sprzed wieku…

21 maj

1. Jan-Czyrwik 1914

Poczta polowa – szpital wojenny w Alzacji, 1914.

W moim kufrze zachowały się kartki z frontów I wojny światowej. Chciałbym zaprezentować jedną z nich – pisana była przez kuzyna mojego dziadka z lazaretu (szpitala wojennego) w Alzacji. Jako Ślązak wcielony został do armii pruskiej. Ciekawostką jest to, że nie odniósł ran w walce, ale zwyczajnie złamał nogę, jadąc na wojskowym rowerze. (łatwo go więc odnaleźć na zdjęciu).  :) Wyrażona tu nadzieja na rychłe wyzdrowienie była prawdopodobnie podyktowana świadomością cenzury – z tego samego powodu tekst był pisany po niemiecku, choć w domu wszyscy rozmawiali po polsku (w gwarze śląskiej). A oto treść, tłumaczona na polski (w nawiasach moje przypisy):

Bad Niederbronn, 24. 9. 1914  Kochani, Ciociu i Wujku! Chciałbym dać Wam jakiś znak życia. Wcześniej to nie bardzo było możliwe. Przed ośmiu tygodniami spadłem z roweru, ale mam nadzieję, że w najbliższych dniach dojdę do pełnego zdrowia. Pójdę od razu w pole (na front). Jak tam będzie, jeszcze nie wiem. Jest tu też sporo Górnoślązaków z Katowic i okolicy. Czy Wujek nie musiał iść na wojnę? (Wujek to mój Pradziadek). Gdybyście mogli, napiszcie mi coś, ale szybko, bo nie spodziewam się tu zbyt długo zostać. Wiele pozdrowień – Wasz mały Józek. Bad Niederbronn, Alzacja, Klasztor.

W oryginale: Liebe Tante und Onkel! Ich will Euch jetzt ein Lebenszeichen geben. Bisher war das nicht gut möglich. Ich bin schon vor 8 Wochen vom Rad gefallen, hoffe aber in den nächsten Tagen gesund zu werden. Komme dan sofort ins Feld. Wie’s mir dann geht, weiß ich jetzt nicht. Hier sind auch mehrere verwundet Oberschlesier von Kattowitz und Umgegend. Hat der Onkel nicht in den Krieg müssen? Wenn es Euch möglich ist, so schreibet mir etwas aber sofort, denn ich hoffe nicht mehr lange hier zu bleiben. Viele Grüße auch an (…) Kleinen Euer Josef

I jeszcze tłumaczenie na śląski – czyli tak, jakby to Zeflik bezpośrednio ujkowi godoł…  :)  Roztomiło Ciotko i Ujku! Chciołbych Wom dać jaki znak życio. Skorzij niy było to za fest możliwe. Bydzie już łosiym tydni jakech ślecioł z koła, ale móm nadzieja, co drapko byda juzaś zdrowy. Potym ida zarozki w pole. Jak mi tam bydzie, terozki niy wiym. Tu sóm tyż Ślónzoki z Katowic. Ujek niy musioł na wojna? Kiejbyście yno mogli, naszkryflejcie do mie, ale drap, bo myśla co sam dłużyj niy zostana. Śla Wóm mocka pozdrowiyń – Wasz Zefliczek.

 

Trzy pokusy Erosa…

10 maj

2017_05_Eros_Trzy pokusy Erosa – i „Most westchnień” w Mysłowicach…

Według Thomasa Mertona człowiek może podążać za pokusami Erosa na trzy sposoby: 1) Gdy daje z siebie tylko tyle, ile wymaga zapewnienie sobie pożądanej rozkoszy lub ile pozwala przejąć czyjeś piękno i obecność na własną wyłączność; 2) Gdy w imię miłości gotów jest podeptać siebie i wszystkie wartości, jakie dotąd wyznawał; 3) Gdy powtarzając za Sartrem „piekło to inni”, odrzuca wszelką miłość jako zagrożenie.

Pierwsza pokusa jest czystym egoizmem – redukującym człowieka do zwierzęcia lub estetyzującym i zawłaszczającym wartość drugiej osoby tylko na własny, instrumentalny użytek. Druga prowadzi do degradacji osoby kochającej, ale także do demoralizacji człowieka kochanego. Wreszcie trzecia: ona jest również, wbrew wszelkim pozorom, zakamuflowaną pokusą Erosa – tyle, że zwróconą ku własnej osobie, która zostaje uwielbiona na ołtarzu egzystencjalnego tragizmu i samotności.

Tak jak pierwsza pokusa jest egocentrycznym ograniczeniem dobra do samego siebie, przedmiotowo wykorzystującym drugą osobę – tak druga jest wobec tej sytuacji totalnym odwróceniem. Tak jak pierwsza i druga jest oparta na uwielbieniu, tak trzecia na odrzuceniu. Ani uprzedmiotowienie drugiej osoby, ani podeptanie samego siebie, ani też odrzucenie drugiego razem ze sobą – żadna z tych relacji nie może przerodzić się w dojrzałą Agape. Bo każdy most wymaga dwóch równie silnych filarów – stąd przykazanie „kochaj bliźniego jak siebie samego” – nie bardziej i nie mniej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Aksjologia, etyka

 

Ku źródłom nadziei…

20 kwi

2017_04_Powrót-do-GalileiPo lewej: W drodze do Emmaus – Duccio di Buoninsegna (1308). Po prawej: Emmaus – klasztor św. Dominika z Silos w Hiszpanii (XI wiek)

Dlaczego Anioł zalecił uczniom iść do Galilei?… Papież Franciszek tak to ujął: „Kiedy wszystko zdawało się skończone, pewniki upadły, nadzieje zgasły, wtedy rozeszła się wieść, że Jezus zmartwychwstał, jak zapowiedział. Apostołowie otrzymali polecenie, aby pójść do Galilei, czyli do miejsca pierwszego powołania, gdzie wszystko się zaczęło. Powrót do Galilei oznacza przede wszystkim powrót do tego żywego punktu, w którym łaska Boża dotknęła mnie na początku drogi.”

Zdarza się, że człowiek chce podeptać swoją przeszłość, odciąć się od niej, zapomnieć ją i wymazać - zwłaszcza wtedy, gdy po ziemsku sądząc wszystko jest przegrane. Powrót do Galilei jest powrotem do ŹRÓDEŁ, z których wypłynęła nasza nadzieja i całe nasze życie. Jezus nie neguje naszej grzesznej przeszłości, ale odnawia ją – pozwala nam spojrzeć na to wszystko, co już bezpowrotnie minęło, przez pryzmat Zmartwychwstania. Wszystko wtedy nabiera szczególnego sensu – nawet nasze dawne błędy i grzechy…

Droga z Jerozolimy do Galilei to dość spory odcinek do przejścia (mapka powyżej). Bo każdy powrót do Źródła wymaga wysiłku i porzucenia przywiązań, jakie nas przykuwają do obecnego miejsca (wygodnictwo, przyzwyczajenia, doraźne oczekiwania (które tak łatwo zastępują nadzieję)… Anioł przed pustym grobem rzekł jednak do kobiet: „Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział”. (Mk 16,6)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Religia, Wiara

 

Wieża Babel i europejskie wartości

19 mar

2017_03_Wieża Babel

„Wieża Babel” Pietera Bruegla i gmach Parlamentu Europejskiego w Strasburgu

„Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba (…) A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: «Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego! W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi.” (Rdz.11,4-9)

Jak rozumieć ten tekst Biblii? W powierzchownym odczytaniu można tu znaleźć obawy i zazdrość Jahwe wobec zaradnego człowieka. Ale przecież teksty ST zawsze domagają się sięgania głębiej niż tylko do warstwy epickiej. Obraz Boga niewątpliwie ulega tu dalece posuniętym antropomorfizmom, co jednak nie przeszkadza odczytać duchowej wymowy tekstu jako przestrogi przed ludzką pychą… Wracając do współczesności, zagadką pozostaje pytanie, dlaczego to właśnie wieża Babel inspirowała architekta modernistycznej konstrukcji Parlamentu Europejskiego? Czy był w tym zamysł dokończenia mitycznego dzieła, które miało sięgać nieba? Czy też przestroga przed pomieszaniem języków? Przecież dobrze znamy biblijne skutki takiego zadufania – dominują wśród nich niezgoda i zaślepienie, które w końcu prowadzą do ostatecznego upadku całego dzieła…

Dziś w szczególny sposób doświadczamy powtórki tego starożytnego dramatu, kiedy unijni parlamentarzyści zdają się mówić różnymi językami – nie tylko w zakresie lingwistycznym, ale przede wszystkim aksjologicznym. Bo czym są osławione już „europejskie wartości”, skoro każdy je inaczej rozumie? Czy współcześni Europejczycy gotowi są ginąć za te wartości – jak Polacy w 1920, którzy pod sztandarami Bóg-Honor-Ojczyzna ginęli za wartości, które nie były puste? Czy można mówić o jakichkolwiek realnych wartościach w świecie, który zdołał już wszystko zrelatywizować? Co jest tym „niebem”, do którego chce sięgać współczesny Francuz, Niemiec czy Polak? Zapewne dla każdego z nich słowo to znaczy coś zgoła innego. Jakże więc mogą się porozumieć?

 

Estetyzacja dobra – czy agatyzacja piękna?

05 lut

2017_02_05_StrzelnikiKościół św. Jakuba w Małujowicach, zwany  „śląską Sykstyną” (fot. www.national-geographic.pl)

Czy każda wartość kultury musi znajdować odniesienie do dobra? Tak przynajmniej utrzymuje Władysław Stróżewski, z którym się tutaj w całej rozciągłości zgadzam. Bez dobra żadne inne kryterium nie znajduje ostatecznych racji dla uznawania czegoś za wartość w zakresie transcendentalnym. Dobro jest zawsze „byciem-dla” – i jako takie funkcjonuje w sposób niewyczerpalny. Dlatego nie może ulegać inflacji czy banalizacji. Dobro wyklucza możliwość dopełnienia przez jakiekolwiek kryterium zła (kłamstwo, przemoc, pogarda itd.) – współgrając tylko z wartościami takimi jak prawda i piękno – stąd utrwalenie greckiej triady. Ale czy dzieje się tak również w zakresie estetycznym?

Od dłuższego już czasu, z uwagi na klasycznie utrwaloną triadę Prawdy Piękna i Dobra, zadaję sobie pytanie: Czy piękno nie może się wiązać ze złem? Przecież na tym bazuje cały mechanizm uwodzenia – nie tylko w sensie czysto estetycznym, ale także metafizycznym… Znajduję na to pytanie tylko jedną odpowiedź: piękno ulega tak silnej relatywizacji wobec dobra, że w oderwaniu od niego nie może istnieć, stając się iluzją. Bo każde piękno, które próbuje być autonomiczne, przechodzi proces sukcesywnej deformacji. I na odwrót: brzydota ulegać może zadziwiającej metamorfozie do oryginalnych postaci piękna, gdy tylko zostaje połączona z dobrem… To przemożne dążenie do dobra (które Stróżewski bardzo trafnie określał mianem „agatotropizmu”) jest konstytutywną cechą ludzkiego ducha…

Dlatego nie wahałbym się przyjąć za Stróżewskim tezy, że dobro ma wymiar ponadkulturowy – zaś piękno staje się nie tyle warunkiem kultury, co jej owocem. Utrwala się w nim to, co w każdej kulturze najcenniejsze. Piękno utrwalone w minionych epokach staje się przecież klasyką estetyki o charakterze uniwersalnym. I dzieje się tak mimo, iż zmienił się już dawno kanon trendów estetycznych, ustępując miejsca zupełnie innym wzorcom. Proces ten określiłbym regułą warstw, z których wszystkie stają się równoprawne. Bo piękno ma szczególną właściwość anektowania i utrwalania w sobie wartości pozaestetycznych, które mogą w nim przetrwać niczym muszki w bursztynie.

 
 

Nasi przodkowie Wenetowie – czyli o ukrytych genach wandalizmu :)

16 sty

2017_01_WenetowieWenetowie w dawnych scenach i na mapie (zielony kolor) – wobec naporu plemion germańskich (za Wikipedią)

Czy nasze korzenie wywodzą się z Wenetów? Wziąłem do ręki „Tajemnice początków Polski – fascynująca historia Wenetów” (bogate w źródła opracowanie naukowe). Autor dowodzi, że na wpół mityczni Wenetowie (Wenedowie, Wandalowie), znani w naszej literaturze z „Lilli Wenedy” Słowackiego, faktycznie w okresie III w p.n.e. – IV w n.e. rozwinęli bogatą kulturę, której początki sięgają 9 tysiąclecia p.n.e., a za kolebkę wskazuje się Wyżynę Anatolijską (dzisiejsza Turcja). Wypierani z kolejno zajmowanych ziem, opanowali na koniec tereny Wschodniej i Środkowej Europy, w swym rozkwicie zajmując tereny od Bałkanów poprzez północne Włochy, Szwajcarię i Łużyce, aż po ujście Łaby (na zachodzie) oraz Mazury i Zatokę Fińską (na wschodzie).

Wenetowie charakteryzowali się archaicznym językiem indoeuropejskim, a także osobliwym sposobem bycia. Fizycznie wyróżniali się jasną karnacją – opisani byli w kronikach jako jasnoocy blondyni. Słowacki w swym poemacie pisał, że mieli niezwykle łagodne i artystyczne usposobienie. Znajduje to również historyczne potwierdzenie, na co wskazywać miała sama nazwa tego ludu (staroindyjskie vanati=kocha, indoeuropejskie wenetai=zaprzyjaźniony). Może właśnie przez to byli sukcesywnie spychani z wybrzeży Adriatyku i terenów Łużyc aż do basenu Morza Bałtyckiego. Tutaj rozpłynęli się w niebycie (asymilowani z innymi plemionami?). Natomiast na Śląsku przez długi czas współistnieli z Lugiami i Sylingami - równie tajemniczymi plemionami (Lugiowie jako jedyni utrzymywali sojusz z Rzymianami). Być może formująca się ludność Śląska była wynikiem fuzji Lugiów, Sylingów i Wenetów?

Procesom wandalizacji (tj. asymilacji Wandali czyli Wenetów) ulegały też inne ludy, pozostające z nimi w kontakcie. Niektórzy podają, że ostatnie bastiony kulturowe Wenetów istniały jeszcze w XIII wieku. Kto wie, czy do ich ostatecznego wyginięcia, poza napierającymi od zachodu Germanami i Celtami, a od wschodu – Scytami, Sarmatami i Słowianami, nie przyczynili się też od północy Wikingowie, organizujący łupieżcze wyprawy od VIII do końca XI wieku – wszak rolniczy lud Wenetów był też ściśle związany z żeglarstwem i rybołówstwem. Odcięcie od morza całkowicie pozbawiło ten lud jednego z głównych źródeł utrzymania. Jako że Wenetowie byli do wszystkich nastawieni pokojowo, nie wykształcili odpowiedniego potencjału obronnego – co z kolei sprawiło, że nie zdołali nazbyt wyraźnie zapisać się w historii. Choć może się właśnie na trwałe zapisali …w naszych genach?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii historia, Śląsk

 

Krótkie studium GŁUPOTY

29 gru

2016-12-Goethe-MĄDROŚĆGłupota to przejaw ZŁA czy SŁABOŚCI? Czy można za nią kogoś winić? Czy jest zależna od naszej woli? Czym jest głupota?… Na zdjęciach – mysłowickie dachy, mury i wrota.

Głupotę tak często mylimy z niewiedzą lub z ograniczeniem inteligencji, a przecież najjaskrawiej przejawia się ona tam, gdzie jest nieograniczony dostęp do informacji, którą błyskotliwa natura potrafi sprawnie przetwarzać – niestety nie zawsze służąc Prawdzie. I na odwrót – najbardziej ujmującą mądrość spotykamy w PROSTOCIE…

Głupota w moim rozumieniu jest nierozerwalnie związana z pychą. Sokratesowska świadomość niewiedzy powinna być zawsze wyznacznikiem mądrości. I jeśli Goethe przyrównuje tu się do głupca, to jest to właśnie przejaw świadomości ograniczenia, nie głupoty. Myślę, że samo pragnienie poznania Prawdy jest już wyznacznikiem mądrości, która w istocie jest umiłowaniem tego, co DOBRE i podążaniem za tym, co PRAWDZIWE - a zarazem odrzuceniem każdej iluzji jednego i drugiego. Jak jednak odróżnić iluzję prawdy od niej samej? Jak zdemaskować iluzję dobra?

Nie zawsze jest to możliwe bez pewnego rodzaju intuicji, czy – jak powiedziałaby osoba wierząca – bez działania ŁASKI, co wskazuje na zewnętrzne pochodzenie mądrości (spoza naszych możliwości intelektualnych) – i to właśnie czuję: prawdziwe olśnienia pojawiają się najczęściej wtedy, gdy nie wkładamy w to za wiele wysiłku! Oczywiście łaska również wymaga zaangażowania woli. Ale wola jest nie tyle rodzajem WYSIŁKU, co raczej duchowego ZAWORU – kurka, którym odkręcamy dopływ ożywczej „wody”, zakręcając płynące ze świata ścieki.

Jeśli jednak uznajemy mądrość za przejaw Bożego DARU, to na czym polega jej uniwersalność? O powszechnym dostępie do mądrości mówi Ewangelia: „Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.” (J 1,9).  Bertrand Russel wyraził się kiedyś: „To smutne, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości.” Jest w tych słowach wyraźne przesłanie, że istnieje jakieś wewnętrzne, przyrodzone i niezależne od wiedzy przeczucie, iż mądrość w sposób nierozerwalny wiąże się z POKORĄ.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Aksjologia, etyka, filozofia

 

Sienkiewicz płynie w naszej krwi…

14 lis

2016_11_Sienkiewicz-Śląsk

 Mój dziadek Ludwik na sowieckiej granicy podczas służby w 1936 r. – w Korpusie Ochrony Pogranicza, batalion „Sienkiewicze”

15 listopada przypada równo SETNA ROCZNICA śmierci Henryka Sienkiewicza. A był to pisarz, który piórem malował – tak plastyczne są jego wizje! Jakże inne od współczesnego mu Bolesława Prusa, który tę samą rzeczywistość opisywał atramentem czystego pozytywizmu, nazywając Sienkiewicza „klasykiem polskiej ciemnoty” i zarzucając mu ckliwy sentymentalizm. Przypadkiem słyszałem o anegdocie, która doskonale oddawała różnice między obydwoma pisarzami – obaj mieli ponoć opisywać tę samą procesję Bożego Ciała: Sienkiewicz wdrapał się wtedy na jakąś kościelną wieżę, skąd pełen zachwytu upajał się widokiem rozmodlonego tłumu. Prus tę samą procesję obserwował „oddolnie” – z perspektywy ulicznego gwaru, ubolewając nad duchową kondycją katolików, dla których wyrazem najwyższej gorliwości było zrzucanie czapek Żydom przed Najświętszym Sakramentem.

 Jeden i drugi oddawali jakąś bolesną, i pełną nadziei zarazem, prawdę o Polsce – jeden przez pryzmat narodowego idealizmu, drugi – społecznego realizmu. Czy można powiedzieć, że jeden był bliższy prawdy od drugiego? Myślę, że nie – co zauważał już Gombrowicz, podobnie jak Prus niechętny Sienkiewiczowi, którego uważał za pochlebcę jaśniepańskiego samozadowolenia. A jednak potrafił też dostrzec w jego prozie wysoki potencjał wartości, pod warunkiem, że zdołamy w niej odsłonić swoiste lustro, w którym zobaczymy nasze narodowe megalomanie, małostkowości, kompleksy i skłonności do marzycielstwa. Nie przeczę, że Gombrowicz miał tu również rację, choć potrafię dopatrzyć się też innej, według mnie znacznie głębszej wartości Sienkiewicza. A jest nią szczere pragnienie ideałów, próba wzniesienia się ponad brud powszechnego zepsucia, wiara w jednoznaczną i nienaruszalną hierarchię wartości. Bo czym stają się narody, które z tego wszystkiego rezygnują? Widać to dziś dobrze w konsumpcyjnie nastawionych do życia społeczeństwach Zachodu, które przywykły już do relatywizowania wszystkiego – zatracając tym samym jakikolwiek punkt odniesienia.

 Z ciekawością przeczytałem, że uznana dziś powszechnie powieść „Quo vadis” spotkała się początkowo z wielkim oporem, a niektóre ówczesne środowiska katolickie domagały się wręcz wciągnięcia jej na „ideks”. Zadziwiające - zwłaszcza, że nie przypominam sobie, bym w jej treści natknął się na jakieś kontrowersyjne fragmenty. Powieść ta, powszechnie uznawana za główny powód nagrody Nobla, wbrew powszechnemu mniemaniu przeszła przez komisję bez większego echa. Znacznie większe zainteresowanie wzbudziła tematyka polska zawarta w Krzyżakach i Trylogii. W końcu to na odcinki tychże powieści z niecierpliwością oczekiwała cała Polska, żyjąc losami Juranda i Zbyszka lub Wołodyjowskiego, Skrzetuskiego czy Kmicica. Na jakimś spotkaniu z chłopami Sienkiewicz doznał głębokiego wzruszenia, gdy któryś z chłopów wyznał Pisarzowi, iż to on właśnie uczynił ich Polakami. Żadne odezwy, przywileje czy edukacje nie zrobiły dla tej sprawy więcej, niż proza Sienkiewicza. Mogę to zaświadczyć osobistymi relacjami moich dziadków – wywodząc się ze śląskich, górniczo-hutniczych rodzin, żyli ideałami sienkiewiczowskiej prozy (nomen-omen mój dziadek trafił nawet do batalionu „Sienkiewicze” – zdjęcia powyżej). Ale i dziadkowie mojej Żony, choć byli chłopami na wschodnich rubieżach Polski, w czasie zimowych wieczorów, przy świecach, również na głos czytali Trylogię, co stanowiło swoistą celebrację ich rodzinnego życia. Ci sami nasi dziadkowie bronili potem Polski przed zachodnią i wschodnią nawałnicą dwóch totalitaryzmów…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii literatura, patriotyzm, Śląsk

 

Między czasem a estetyką – relacją i pięknem…

01 lis

2016_10_Nikifor_zegarFragmenty prac Nikifora

      Kilka miesięcy temu kupiłem sobie ładny zegar w stylu retro – taki zwykły elektron na baterie, ale bardzo mi się spodobał. Wczoraj zaczął nagle jak wariat gnać do przodu – przyspieszając o całą godzinę, jakby na przekór dzisiejszemu cofaniu zegarów. Pozostaje mi więc wybór: zegar ŁADNY czy DOK-ŁADNY. Chyba jednak pragmatyzm wymusi to drugie – co jednak nie znaczy, że inny zegar nie stanie mi się równie bliski.

      Przez lata komuny i ubogiego okresu postkomuny nauczyłem się darzyć sympatią to, co na ogół wydaje się zużyte, pospolite i dla innych nieatrakcyjne. Przystosowanie dość ciekawe, bo dające do myślenia, czym tak naprawdę jest estetyka, która według mnie nie bazuje na mimowolnych poruszeniach, ani też na wytyczonych kanonach, ale w pełni może wypływać z woli. Tak się dzieje, gdy odczucie piękna idzie w parze z poszukiwaniem dobra.

       W sposób szczególny jest to widoczne, gdy coś powszechnie uważane za pracę niezdarną, naiwną, daleką od kanonów estetycznych, nabiera dla nas szczególnej wartości z uwagi na aspekt duchowy, jaki temu przedmiotowi towarzyszy. Piękno wprzęgnięte w służbę dobra wcale nie musi być relatywne – ono właśnie wtedy ujawnia swą niezależność, nie poddając się żadnym modom i innym kryteriom zewnętrznym.

       Piękno stapia się w jedno z tęsknotą, wzruszeniem czy pragnieniem (zależnie czy jest skierowane ku przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości). Staje się więc w całości nakierowane na przestrzeń duchową konkretnego człowieka. Dlaczego patrząc na obrazy Nikifora, dostrzegam w nich piękno? Bo spoglądam przez pryzmat jego duszy, zmagań i emocji. Dzieło lub przedmiot pozbawiony tych odniesień traci swą szczególną wartość – ale też każdy z nas te relacje w sobie tworzy.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Aksjologia, estetyka

 

Co z tą prawicą?…

22 paź

2016_10_Slonsko_TRADYCJA

Co  dziś bardziej definiuje pojęcie PRAWICY, zwłaszcza na Śląsku, jeśli nie czerpanie z duchowych tradycji?… (moje miniaturki na szkle)

Na początek krótki wykład Tischnera o terroryzmie lewicowym i prawicowym:   https://www.youtube.com/watch?v=vmsa0V77ts8

Bardzo cenię sobie całą myśl ks. Tischnera, również tą, przestrzegającą przed mariażem polityki z religią. Mam jednak wątpliwość, czy na czasy obecne byłaby to trafna diagnoza. Bo co właściwie dziś stanowi prawicę? Co nią było kiedyś? I co dziś bywa mylnie interpretowane jako prawica w czasach minionych? Czy np. nazizm był prawicą? Przecież nawet w nazwie NSDAP był socjalizm, a ostrze tej ideologii wymierzone było w cały tradycyjny świat wartości, na którym każda prawica powinna się opierać…

Albo czy dzisiejsza partia Marine Le Pen we Francji jest prawicą? Niedawno czytałem, że w swym programie wpisała radykalne zerwanie z ekspresją wszelkiej religii w życiu publicznym (powrót do „wartości” rewolucji francuskiej?) – a przecież w tradycyjnym pojęciu prawica powinna się zawsze odwoływać do duchowych korzeni własnej cywilizacji… A może niemiecka AfD jest tą prawicą? Nie wiem, choć wątpię – bo czy samo spoiwo antyislamskie, które łączy ten front w rosnącą siłę, może stanowić o jego prawicowości…

To może obecnie rządząca partia w Polsce jest prawicą? Tu znowu mam dylemat – bo owszem, broni ona tradycyjnych wartości, odwołując się do chrześcijańskiego korzenia. Silnie też jest umocowana w tożsamości historycznej i patriotycznej. Ale gdyby sięgnąć do całej rozciągłości definiowania prawicy, to nie znajdziemy tu zabiegania o interesy klasy posiadającej – wręcz przeciwnie, mamy program typowo socjalny. Gdzie więc jest ten renesans prawicy, o którym mówił Tischner?

I jeszcze jedno ważne pytanie. Czy faktycznie terroryzm lewicowy – jak mówił Tischner – przestał istnieć? A może tylko wdział na się białe rękawiczki „liberałów” (którzy nie mają nic wspólnego z liberalizmem), tudzież opasał się tęczową flagą rewolucji obyczajowej lub okrył się zielonym listkiem ekologów? (dla których ekologia stała się tylko maczugą do walenia starego świata wartości). Z której strony dzisiejsza cywilizacja jest bardziej zagrożona?…

 

Moje osobiste odczytanie Tajemnic różańcowych

08 paź

2010_10_RóżaniecKościół Mariacki w Mysłowicach z XIV wieku

Na początek trochę historii. Ciekaw jestem, gdyby tak przeprowadzić sondaż, ile ludzi by wiedziało, co się wydarzyło 7 października 1571 r. i jak ta data wpłynęła na związek tego miesiąca z Różańcem? Otóż 445 lat temu miała miejsce bardzo ważna dla Europy bitwa pod Lepanto (dziś Zatoka Koryncka), w której odparte zostało widmo islamizacji Europy. To od tego właśnie dnia obchodzimy wspomnienie Matki Bożej Różańcowej – ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi. Zatopiono wówczas większość galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich i uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników. Papieżem był wtedy Pius V, który doprowadził do powstania Świętej Ligi. Miała ona dać odpór ekspansji Sulejmana II. Zwycięstwo poprzedziła wizja Piusa V, który miał zobaczyć spokojne oblicze Maryi, zapewniającej go o zwycięstwie.

Dziś oczywiście Różaniec jest dla nas przede wszystkim narzędziem do prowadzenia walki duchowej. Przyznam, że przez długie lata go nie rozumiałem. Częstym zarzutem wobec tego rodzaju modlitwy (zwłaszcza ze strony protestantów) jest bezmyślność, gadatliwość czy Maryjo-centryczność. Dziś mogę bez wahania wszystkie te zarzuty oddalić. To modlitwa najmniej „gadatliwa” – bo wprowadzi w przestrzeń kontemplacji. Z pewnością nie jest bezmyślna, bo daje okazję do refleksji nad wieloma płaszczyznami życia – zarówno w aspekcie biblijnym, jak i osobistym (przykłady poniżej).  Wreszcie, choć punktem wyjścia jest Maryja, to jednak intencję kierujemy ku Bogu, w którym mieści się cała różnorodność świętości – wszystkie uświęcone życiorysy, z Maryją na czele. Dziś już bardziej świadomie sięgam do tajemnic Różańca, wzbogaconych przez Jana Pawła II o Tajemnicę Światła. Warto zresztą pochylić się nad wymową każdej z nich w odniesieniu do naszego osobistego życia. Poniżej propozycje takich rozważań.

 Tajemnice RADOSNE:  1) ZWIASTOWANIE – otwartość i czystość serca wraz z pokorą to najżyźniejsza duchowa gleba pod zasiew Prawdy i Dobra. 2) NAWIEDZENIE ELŻBIETY – gdy przepełnia nas radość z duchowego objawienia, pragniemy się nią dzielić – jak też zauważać ją w innych. 3) NARODZINY – Spełnienie obietnicy: Słowo staje się Ciałem, czyli to co dotąd było wyłącznie duchowe, przybiera format namacalnej relacji. 4) OFIAROWANIE W ŚWIĄTYNI – to wyraz ufności: gdy rodzic powierza swe dziecko Bogu, zawierza tym samym wszystko, co najcenniejsze. 5) ZNALEZIENIE W ŚWIĄTYNI – nadzieja położona w Bogu nie może zawieść, choć jej owoce bywają dla nas nie zawsze przewidywalne.

Tajemnice ŚWIATŁA:  1) CHRZEST JEZUSA – świadoma deklaracja do wspólnoty ludu Bożego jest nie tylko tradycją, ale pełnym zanurzeniem woli w wierze. 2) CUD W KANIE – pierwszy publiczny cud Jezusa; troska o drugiego człowieka poprzedza nauczanie (najpierw dobro, potem mądrość). 3) NAUCZANIE – głoszenie Dobrej Nowiny jest zawsze łączone z posługą (uwalnianie, uzdrawianie itd.) – i kierowane do wszystkich. 4) PRZEMIENIENIE – jaśniejąca Twarz staje się znakiem łączności z Bogiem, tak jak nasze życie przemienia się pod wpływem tej Obecności. 5) USTANOWIENIE EUCHARYSTII – życie w Chrystusie to również dzielenie się sobą bez reszty w wymiarze duchowym i materialnym.

Tajemnice BOLESNE:  1) OGRÓJEC – relacja z Bogiem idzie często w parze z poczuciem samotności wobec świata i jest wyrazem gotowości na wszystko. 2) BICZOWANIE – przyjmowanie bolesnych ciosów ze strony innych to wyraz cielesnej bezbronności, która jest wymiarem duchowej wolności. 3) KORONA CIERNIOWA – przyjmowanie szyderstw i wejście w wymiar ogołocenia staje się wyrazem ufności Najwyższemu. 4) DROGA KRZYŻOWA – przyjęcie cierpienia za drugiego człowieka, bez narzekania i przeklinania, to uwolnienie od samego siebie. 5) UKRZYŻOWANIE – godne przejście przez granicę śmierci to nie ucieczka od cierpienia, zniewolenia i poniżenia – to dopełnienie ufności.

Tajemnice CHWALEBNE:  1) ZMARTWYCHWSTANIE – kluczowy punkt wiary nie polega na jego niezwykłości, lecz na radykalnym przesunięciu środka ciężkości – z nadziei uwiązanej do nadziei wolnej. 2) WNIEBOWSTĄPIENIE – przyjęcie wyjątkowości Jezusa jako nieśmiertelnej „Twarzy” samego Boga (Twarz znaczy tu rodzaj relacyjności). 3) ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO – zjednoczenie wszystkich ludzi dobrej woli w jednym DUCHU (Bóg jako Most łączący ludzi w jedno). 4) WNIEBOWZIĘCIE MARYI – obietnica przyjęcia wszystkich, którzy zanurzyli się w Bogu przez pokorę, prawdę i dobro, jak Maryja. 5) UKORONOWANIE MARYI – oddanie władzy cichemu Dobru, które zwycięża wszelki zgiełk, kłamstwo i przemoc.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Religia, Śląsk, Wiara

 

Krzykliwość „Czarnego”…

04 paź

2016-10-Sąd ostatecznyNa zdjęciu: fragment „Sądu Ostatecznego” (1 połowa XVII wieku, Zamek w Sanoku)

Może warto najpierw przypomnieć dawną, zapomnianą nazwę szatana, jaka funkcjonowała na naszych wsiach - często określało się go mianem „Czarnego”. Skojarzenie z ostatnimi wydarzeniami nasuwa się samo, kiedy to w ramach aborcyjnego protestu tyle ludzi, ubranych na czarno, wyszło na ulice. Nie znaczy to wcale, że w każdym uczestniku tych „czarnych marszów” widzę diabła - wiem przecież, że było tam wiele osób, które dały się zwieść gigantycznej manipulacji. Byli też moi znajomi, których na co dzień darzę sympatią…

Pomijam już fakt, że nie wiedzieć dlaczego manifestacje wymierzone były w polski rząd - choć nie on był autorem projektu ustawy, przeciwko której wytoczono najcięższe działa. Kłamstwo, agresja i wulgarność, połączona z szyderstwami wobec tego co najświętsze. Nawet najpiękniejsze kolędy polskie zostały wyszydzone w wulgarnych hasłach tej kampanii. A wszystko to chwilami mogło wywoływać fałszywe wrażenie zapanowania tego „czarnego” nad całą Polską. Nie poddawajmy się jednak takiej mrocznej iluzji.

Zło jest niezwykle krzykliwe i bardzo chętnie wychodzi na ulice z różnego rodzaju prowokacjami. Dobro w tym czasie cierpliwie trwa na zgłębianiu najgłębszych treści serca lub w zaciszu dokonuje rzeczy wielkich, z dala od tłumów i kamer… Internet ze szczególną mocą ujawnia zgiełk i chaos tego świata – jednak to tylko CIEŃ istnienia, który sam w sobie jest NICOŚCIĄ. I kiedy tylko nie damy mu pożywki, szybko znika. Nadzieja i dobro stają się więc skutecznym orężem do przeciwstawienia się takiemu naporowi agresji i wulgarności…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii etnologia, etyka, Religia, Wiara

 

Pożegnanie Europy?…

21 wrz

2016_09_Pozegnanie_Europy

„Pożegnanie Europy” Aleksandra Sochaczewskiego (1890)

W dzisiejszym przeglądzie prasy napotkałem wzmiankę, że francuska Minister Praw Kobiet (sam fakt istnienia takiego ministerstwa wskazuje na dziwny stan normalności) podjęła kroki, by zablokować katolickie portale pro-life. Mamy więc kolejny przejaw świeckiego totalitaryzmu, który po oderwaniu od kulturowych korzeni, nieuchronnie staje się formą dyktatury, na kształt jakiejś nowej quasi-religii.

Skoro odmawia się chrześcijanom współtworzenia państwa obywatelskiego, brutalnie tłumiąc jawne i demokratyczne formy dialogu, to już wkrótce można się spodziewać, że w życiu publicznym do głosu dochodzić będą siły, które działają w sposób niejawny i niedemokratyczny, opierając się wyłącznie na przemocy i pogardzając dorobkiem zachodniej cywilizacji. Bo życie polityczne nie znosi pustki, a wobec jednej bezwzględności dochodzić może do głosu wyłącznie kolejna bezwzględność.

Chwilami więc czuję się jak ten zesłaniec z obrazu Aleksandra Sochaczewskiego „Pożegnanie Europy” (1890). Zesłaniec, który tęsknie spogląda w stronę własnego Kontynentu – wiedząc, że traci go bezpowrotnie. Choć może właśnie pogodzenie się z tą utratą winno się stać początkiem prawdziwej nadziei, w której czasem musi coś do końca obumrzeć, by odrodzić się na nowo?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii etyka, polityka, socjologia

 

Prosto z nieba …na skażoną ziemię

19 wrz
Dopiero teraz obejrzałem sobie pierwszą próbę fabularnego podejścia do katastrofy smoleńskiej – chodzi o film „Prosto z nieba” (2011) –
http://superfilm.pl/film-Prosto-z-nieba
 - pozycję, która przeszła bez echa, będąc dramatycznie nisko oceniona, co chyba płynie z grubego nieporozumienia…
Początek może się komuś wydawać nieco rozlazły, ale to właśnie on daje sposobność wczucia się w normalny dzień – jeden z wielu, jaki w założeniu miał zaczynać kolejne ogniwo egzystencji w życiu każdego z uczestników lotu. Przez to wprowadzenie w bardzo naturalny sposób pokazane są dramaty i psychologiczne profile każdego z bohaterów. Przeciągające się i dość statyczne ujęcia sprawiają, że mimo pozornej prozy życia coś ciężkiego wisi w powietrzu….
Może w imię tego naturalizmu autor  za bardzo próbował eksploatować najciemniejsze zaułki duszy każdego z bohaterów, przez co obraz staje się coraz cięższy. Tym bardziej, że po pierwszych doniesieniach o katastrofie, wszyscy zaczynają się miotać i przeklinać – żadna z przedstawionych tu osób nie wkracza w przestrzeń nadziei i wiary (nie chodzi mi o kreowanie jakiejś idealistycznej wizji, ale o pokazanie bardziej zróżnicowanego przekroju społeczeństwa). Choć i to może jest uzasadnione, bo tak naprawdę film nie jest o katastrofie samolotu – on jest o katastrofie życia…
Myślę, że niskie oceny filmu płynąć mogą z rozczarowania, bo każdy spodziewał się opowieści o tragicznym locie z 10 kwietnia – tymczasem jest to obraz o egzystencjalnej jałowości każdego z bohaterów. Przesłaniem filmu mogą być słowa małej dziewczynki, która na koniec mówi do chorego dziadka: „Musisz nauczyć się radości od samego początku”. Słowa padają w prozaicznym kontekście sytuacyjnym, ale odnoszą się do najgłębszych pokładów życia każdego z bohaterów – i do nas samych.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii etyka, film

 

Cuda w przestrzeni ludowej i naukowej

01 wrz

2016_09_CUDA-WIARAWiara w cuda na Śląsku była tak naturalna, jak w całej ludowej religijności i - towarzyszyła od kołyski do trumny. Czy przez to można powiedzieć, że ludzie byli mniej mądrzy?…

Dzieci i nauczyciele zasuwają do szkoły, a ja wreszcie mam upragniony urlop, do którego nie potrzebuję palm i lazurowego wybrzeża – wystarczy szum pobliskich drzew i dobra książka. Wypożyczyłem więc sobie z biblioteki „Cuda” Erica Metaxasa. Początkowo myślałem, że to jakiś zbiór pobożnych opowiadań, jednak zaciekawił mnie już sam wstęp, w którym autor konfrontuje się z różnymi opiniami na temat niewyjaśnionych zjawisk, ujmowanych w kategoriach cudów. Każdy z nas zapewne zetknął się z silną wiarą w cuda na poziomie ludowych wierzeń. Nie ujmując nic ich wartości, chcielibyśmy jednak sięgnąc głębiej – do samej istoty cudu. Czym jest i czy w świetle nauki ma prawo się wydarzyć? Św. Augustyn twierdził, że cud nie dzieje się wbrew naturze, ale wbrew naszej wiedzy o niej. Metaxas dodaje: „cud jest wtedy, gdy coś spoza czasu i przestrzeni potrafi w te wymiary wkroczyć”. Czy potrafimy sobie wyobrazic świat bez jednego z tych parametrów – bez czasu lub bez przestrzeni? Nie. A przecież cała kosmologia opiera się na założeniach, że one nie zawsze istniały. Czy już sam ten fakt nie zasługuje na miano fundamentalnego wykroczenia poza zdolność naszego pojmowania? A tym samym czy nie powinien skłonić nas do powściągliwości w postawie prześmiewczej wobec zjawisk niewyjaśnionych?

 Oczywiście prawdziwy cud (w pełnym jego rozumieniu) ma miejsce tylko wtedy, gdy nie jest oparty na złudzeniach czy autosugestiach. To pierwszy warunek – ale jest też drugi, z teologicznego punktu widzenia jeszcze ważniejszy: cud musi nieść jakieś przesłanie duchowe. Samo zjawisko nie jest cudem, nawet gdy będzie najbardziej spektakularne, jeśli nie odczytamy z niego jakiejś prawdy. U podstaw każdego takiego odczytania znajdujemy przede wszystkim pytanie o sens istnienia. Czy świat jest sekwencją przypadkowych zdarzeń, czy logicznym ciągiem historii, która stała się areną ludzkich zmagań? C.S. Lewis, były ateista, który wszedł w przestrzeń wiary z pomocą swego przyjaciela – Tolkiena, dał na to taką odpowiedź: „Jeśli wszechświat nie ma żadnego sensu, to nigdy nie powinniśmy się zorientować, że tego sensu brakuje. Tak samo gdyby we wszechświecie nie istniało światło, nie byłoby stworzeń posiadających oczy i nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że jest ciemno.” Można by tu jeszcze za Lewisem dorzucić pytanie, czy w ogóle istniałoby wówczas słowo „ciemność”? I czy istniałoby słowo „sens”, gdybyśmy go nie potrzebowali – a zatem gdyby on nie był wpisany w nasz duchowy genotyp jako rzeczywista wartość?

Wróćmy jednak do samej istoty cudów, które wykluczają również deiści (wierzą w Boga i w samo stworzenie świata, lecz odrzucają bieżącą w niego ingerencję). Co moglibyśmy powiedzieć na taką wizję istnienia? Jeśli Bóg stworzyłby wszechświat, a nie byłby w stanie uzdrowić niewidomego, to byłoby tak, jakby ktoś wierzył, że „Wojnę i Pokój” napisał Lew Tołstoj, ale negował możliwość przestawienia przez autora przecinka po napisaniu rękopisu tejże powieści. Istotą cudu nie jest ani jego tajemniczość, ani spektakularność – lecz sens, jaki nadaje istnieniu. Patrząc na ludzi zanurzonych po szyję w mętnej wodzie i kroczących po mulistym dnie, widzimy tylko ich głowy, które zdają się płynąć po powierzchni – jednak wyobraźnia dopowiada nam całą resztę. Załóżmy jednak, że doświadczenie wody i każdej innej cieczy jest nam obce – czy nie uznalibyśmy tego za cud? Podstawmy teraz za wodę świat ducha. Jeśli odrzucamy jego istnienie, wszystko zaczyna się jawić niezrozumiałe. Bo jak mawiał Wittgenstein, nauka nie objaśnia nam świata, tylko go opisuje. Możemy opisać zjawisko głowy na wodzie i próbować je jakoś wyjaśnić – wtedy jednak tak często zapominamy już o wsłuchaniu się, co ta głowa chce nam powiedzieć. ;)

 

Podróbki, iluzje i …światy alternatywne

12 sie

2016_08_PRZEDMIOTY-ILUZJE

 Sto lat temu… Rodzina Dłubisów z Szopienic – dzisiejsza dzielnica Katowic

Żyjemy w dobie wirtualnych iluzji, tanich surogatów, udających naturę imitacji. Co sprawia, że tak chętnie sięgamy po meble z płyty podrabiającej deski starego dębu, szklane paciorki wcielające się w rolę szlachetnych kamieni, czy plastikowe tacki do złudzenia przypominające słomiane plecionki? Czy powodem jest tylko tani snobizm? Próżność? Próba zaimponowania innym za najniższą cenę? A może przyczyna tkwi znacznie głębiej, niż sugerowałby to powierzchowny osąd? Może kluczem jest spojrzenie na te wszystkie przedmioty ponad ich materialną osnową?

Myślę, że jest w tym wszystkim jakaś głęboka tęsknota za utraconym rajem, który można rozpatrywać na różnych płaszczyznach. Pierwsza to podświadoma negacja przemijania – chętnie wracamy do czasu dzieciństwa, z którego wynieśliśmy obraz starych mebli, skrzypiącej skrzyni, drewnianej podłogi. Druga to chęć obcowania z naturą – chętniej sięgamy po coś, co kojarzy się z nieskażoną harmonią przyrody, choćby poza wizualnym skojarzeniem nie miało z nią wiele wspólnego. Płaszczyzną trzecią jest pragnienie trwałych wartości, manifestowane np. podróbkami złota czy diamentów – bezpośrednio odnosi się ono do materializmu, ale równie dobrze może stawać się symboliką wartości duchowych, niepodlegających śmierci.

Oczywiście na płaszczyźnie racjonalnej nie ma tu ani trwałości, ani natury, ani żadnej wędrówki w czasie – jest jakaś ułuda. Ale czy tylko? Czy świadome oddziaływanie na własną podświadomość nie przenosi naszych tęsknot i pragnień poza poziom materii? Panele stają się skrzypiącą podłogą babci. Zegar bije jakby miał dawne serce, wprawiane w ruch codziennym naciągiem dziadka. Sztuczne sznury czosnku zdają się jeszcze pachnieć ogrodem, a fototapeta staje się oknem na górską dolinę. Czy to źle, że człowiek potrzebuje tylko małego impulsu, aby przenieść się do tych światów alternatywnych? Czy w ten sposób kiczowate podróbki nie otwierają przed nami drzwi do rzeczywistości zupełnie od materii niezależnej?

 

Jedyna droga ku pojednaniu…

11 lip

2016_07_GranicaDzisiejsza granica polsko-ukraińska w Bieszczadach - z widokiem na Halicz i Rozsypaniec po stronie polskiej.

Pozostając jeszcze przy ukraińskiej granicy, chciałbym odnieść się do ludobójstwa wołyńskiego, którego bolesną rocznicę dziś obchodzimy. 73 lata temu miało miejsce coś niewyobrażalnie okrutnego i niepojętego. Niestety, gdy gra się historią, używając jej do celów doraźnych, propagandowych, prawda bywa odstawiana na śmietnik – i nie służy to żadnej ze stron, gdy zaczyna się cyniczne zawłaszczanie historii przez ideologów różnych opcji. Takie instrumentalne podejście do historii może mieć dwa ostrza – jednym jest budowanie fałszywych (a tym samym kruchych) fundamentów jedności, drugim – podsycanie nienawiści do innych narodów w imię tak właśnie pojmowanej jedności. Dziś młodzi Ukraińcy to już zupełnie inne pokolenie. Myślę, że nie można już nimi do tego stopnia manipulować, by całkowicie uśpić ich sumienia na zbrodnię. Jeśli jednak dochodzi do gloryfikacji Bandery, to dzieje się tak tylko przez nieświadomość społeczeństwa i zafałszowanie historii. Nowe pokolenia w osobie Bandery szukają po prostu mitologicznego herosa, nie znając go w ogóle jako postaci historycznej. I nie możemy ich za to winić. Ale tym bardziej powinniśmy odważnie i cierpliwie przekazywać prawdę, nie ustając w imię jakiejś tam poprawności. Oczywiście wiedza o banderowskim ludobójstwie była przez lata Ukraińcom podawana - tyle że to była jeszcze wiedza „postsowiecka”, której dziś na Ukrainie nikt nie ufa – i trudno się temu dziwić. Dlatego wypierają prawdę o ludobójstwie, wpadając w pułapkę zafałszowanej historii i biorąc ją za dobrą kartę. jednak prawdziwy dramat by się zaczynał dopiero wtedy, gdyby mieli świadomość tej okrutnej rzezi i nadal pozostawaliby przy swej gloryfikacji.

Dziś niejednokrotnie widzimy Rosjan manifestujących pod portretami Stalina. Czy wiedzą, że wysławiają największego zbrodniarza w historii? Podobnie jest na Ukrainie z Banderą, który czczony jest na fali ideologicznej mitologizacji. Nie ma to nic wspólnego z hołdowaniem zbrodni. Wyobraźmy sobie sytuację, że po dobie stalinizmu, kiedy to naszych Żołnierzy Wyklętych przedstawiano jako zwykłych bandytów, nagle następuje okres ich rehabilitacji – a potem ktoś z zewnątrz neguje tę prawdę, wracając do stalinowskiej retoryki. Czy Polacy by uwierzyli?… Oczywiście nie zamierzam tu niczego relatywizować, a tym bardziej porównywać postaci. Chodzi mi wyłącznie o mechanizmy rządzące psychologią tłumu. Dziś razem z odrzuceniem tego, co sowieckie, odrzuca się na Ukrainie również prawdę o UPA (nota bene, za pomocą której Sowieci doskonale rozgrywali polskie środowiska patriotyczne na Kresach). Dziś ci sami Sowieci (bo inaczej nie można ich nazwać) rozgrywają polską prawicę, rozbijając ją i kierując część patriotycznych środowisk przeciwko Ukrainie i Ukraińcom. To jest właśnie to drugie ostrze instrumentalnego traktowania historii. A świadomość faktów? Ona naprawdę jest znikoma – podobnie jak znikome jest dziś zagrożenie ludobójczym rodzajem nacjonalizmu. Jeśli jakaś forma nienawiści pojawia się w postaci stadionowych haseł, to ma taką samą wartość, co „hajlowanie” młodocianych kibiców. Z pewnością nie są oni wyrazicielami narodu, choć sprawni ideolodzy potrafią to właśnie tak pokazać.

Myślę, że naszym największym zagrożeniem jest to, że historyczne przekłamania dostrzegamy zwykle tylko po jednej stronie. A grają nimi dziś sprawnie zarówno ideolodzy ukraińscy, jak i kremlowscy. Jeśli sprowadzimy ten problem na płaszczyznę indywidualną – spróbujmy stworzyć analogię. Mamy dla przykładu do czynienia z sierotą – chłopakiem, którego ojciec był zbrodniarzem, ale syn przez lata żył obrazem wyidealizowanego ojca i nie dopuszcza do świadomości, że jego tata mógłby popełnić coś złego. Czy winilibyśmy dziecko za taką postawę?… Oczywiście zobowiązani jesteśmy do tego, by głosić jednoznaczną prawdę o ludobójstwie. Jedynym moim postulatem jest to, by nie czynić znaku równości między ideologami a całymi narodami, bo to byłoby zwycięstwem tych pierwszych. Tak na koniec dodam tylko jedno uzupełnienie. Wcale nie usprawiedliwiam historycznej polityki obecnych władz Ukrainy. Chciałem tylko naświetlić problem nieświadomej części społeczeństwa, które zostało ideologicznie zmanipulowane. Jeśli chodzi o stosunek do historii, to cieszę się, że wśród polskich polityków i historyków panuje w tej materii daleko posunięta jednomyślność. Pedagogika głoszonej prawdy powinna być jednoznaczna – ale nie histeryczna, cierpliwa – ale nie bezkrytyczna, pamiętająca – ale gotowa na wybaczenie. I myślę, że w takim właśnie duchu jest homilia, którą wygłosił ks. Isakowicz-Zaleski (nawiasem mówiąc wnuk grekokatolickiego Ukraińca) - vimeo.com/174053778 Czuje się tu Ducha, który wzywa do przebaczenia – ale tylko przez Prawdę… Powinniśmy o Wołyniu mówić w sposób odważny i jednoznaczny – nie dlatego, by podsycać narodowe emocje, ale ku przebudzeniu sumień i ku przestrodze – by uwrażliwić na zło, które czasem tak nagle i irracjonalnie potrafi zawładnąć ludzkimi umysłami.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii etyka, historia, polityka

 

Brexit – koniec eurokratów czy początek nowych granic?

24 cze

2016_06_Granica_UniiDzisiejsza wschodnia granica Unii. Beskid Wołosacki naprzeciw Tarnicy w Bieszczadach…

Mam nadzieję, że wynik dzisiejszego referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będzie zimnym prysznicem dla wszystkich unijnych ideologów o dyktatorskich zapędach, którzy w ostatnich latach próbowali łamać wszelkie podstawy suwerenności i demokracji – w imię unijnej biurokracji i wydumanej „demokracji”. Brytyjczycy podjęli wybór – opuszczają Unię bynajmniej nie z przyczyn gospodarczych – choć monstrualna machina regulacji rynku z pewnością dała im się we znaki. Przyczyną podjęcia decyzji o samodzielnej drodze nie był lęk przed imigrantami – choć dyktat Niemiec w tej sprawie mógł zadziałać jak kropla przelewająca czarę goryczy. Nie mamy tu również do czynienia z jakąś tęsknotą za brytyjską mocarstwowością, bo przecież takich zapędów pozbawione są narody Francji czy Holandii - a i tam coraz większe poparcie znajduje chęć rozpisania referendum. Myślę, że główna przyczyna nie tkwi w niechęci do budowania wspólnoty (która 12 lat temu i mnie pociągała do optowania za przystąpieniem do Unii) – problem tkwi w poważnej  chorobie, jaka w międzyczasie rozwinęła się na naszym Kontynencie, a która trawi dzisiejszą Brukselę. Obserwujemy tu klasyczne objawy raka.

Każdy starzejący się organizm jest podatny na zmiany nowotworowe – nie muszą one prowadzić do szybkiej śmierci, ale stają się równią pochyłą ku coraz większej bezwładności i postępującego chaosu, zaburzającego fizjologiczną równowagę. To samo dotyczy wielkich i zestarzałych struktur społeczno-politycznych: Babilon, Grecja, Rzym, Rosja carska… Wszystkie one uległy rozkładowi wewnętrznemu, zanim upadły zewnętrznie. Taki polityczny nowotwór zaczyna się od pychy i samozadowolenia – od domniemanej pewności, że nic już nie może nam zagrozić, że teraz możemy już tylko się bawić, żyjąc z odsetek nagromadzonego kapitału. Niepotrzebne się stają normy etyczne, skoro porządek można utrzymać siłą militarną lub ekonomiczną. Niemile widziane są też idee, za które obywatel gotów jest ginąć (chyba, że w obronie samej władzy) – bo taki człowiek staje się groźny dla zachowania zgniłego status quo. Trzeba tylko zapewnić fundusze na organizację „chleba i igrzysk” – a to może pochodzić jedynie z podatków, których pobór generuje monstrualną machinę urzędniczą. Bo każdy najmniejszy krok uzależniony się staje od decyzji urzędnika, który jest przedstawicielem władzy – i od procedur, które  zaczynają zastępować Dekalog.  W ten sposób smok zaczyna pożerać się od ogona.

Wczoraj z rosnącym zdziwieniem słuchałem wypowiedzi gorliwych zwolenników Unii, którzy wskazywali, ileż to korzyści Polska miała z wejścia w unijne struktury. Jako jedna z pierwszych wymieniona została dostępność do zachodnich rynków pracy. Czy naprawdę wyeksportowanie dwóch milionów Polaków na Zachód – ludzi na ogół młodych, często dobrych fachowców – to dla naszej Ojczyzny powód do chluby? Czy bezkrytyczne otwarcie na zachodni kapitał, który za bezcen wykupił nasz majątek narodowy, korzystając z początkowego ubezwłasnowolnienia narodu (efekt zgniłych kompromisów dokonanych pod okrągłym stołem), to również sukces Polski? Obrócenie w ruinę przemysłu górniczego, hutniczego i stoczniowego, a także przejęcie przez zachodni kapitał kontroli nad polskim handlem i bankowością – to wszystko korzyści z wejścia do Unii? Nie byłbym sprawiedliwy, gdybym nie dostrzegał, że przeciętny poziom życia uległ poprawie – ale trzeba tu podkreślić słowo „przeciętny”, mając na uwadze ogromne rozwarstwienie majątkowe w naszym społeczeństwie. A problem galopującego zadłużenia Polski? A nasza suwerenność? Coraz brutalniejsze podważanie przez unijnych biurokratów naszych, suwerennych wyborów, przejęcie naszego rynku medialnego i biurokratyczna blokada swobód gospodarczych - to tylko czubek góry lodowej. Czy takiej Unii chcieli jej założyciele?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii polityka, socjologia

 

Między paternalizmem a partnerstwem

27 maj

2016_05_Małżeństwa_Kopernok_Latocha_Czyrwik

Do połowy minionego wieku na Śląsku bezspornie panował układ patriarchalny  – i choć wśród moich przodków pojawiały się też małżeństwa o charakterze partnerskim, to zawsze był w nich jednoznaczny podział ról…

 Paternalizm kojarzony jest najczęściej (nie do końca trafnie) z patriarchalizmem, czyli z męską dominacją w stosunkach rodzinnych i społecznych – choć samo pojęcie „paternalizm” wcale nie ogranicza się do roli ojca i mężczyzny, a jego definicja odnosi się ogólnie do dominacji. Cytując za Wikipedią, paternalizm to: „ ingerencja w działanie lub ograniczenie wolności innej osoby lub grupy, motywowana ich dobrem lub koniecznością ochrony”. Pomijam tu ekonomiczny i polityczny aspekt tego terminu, ograniczając się do relacji międzyludzkich, a ściślej – małżeńskich.

Zdaję sobie sprawę, że na przestrzeni trzech ostatnich pokoleń jesteśmy świadkami radykalnych przemian w patriarchalnym postrzeganiu rodziny (zwłaszcza na Śląsku, bo w Polsce, po powstaniach i wywózkach mężczyzn, znacznie wcześniej wiodącą rolę odgrywać zaczęły kobiety). Patriarchalizm odszedł więc w znacznej mierze do przeszłości, ale czy tym samym przezwyciężona została skłonność do paternalizmu? Czy możliwe jest istnienie związku pozbawionego pokusy dominowania i w jakich sytuacjach znajduje ona szczególną pożywkę?

Obserwując dzisiejszy model wielu związków, odnoszę wrażenie, że kobiety w jakiś sposób rewanżują się za ucisk swoich babć i matek, na wielu płaszczyznach wchodząc w rolę dominantów – szczególnie gdy nie napotykają większego oporu. A gdy kobieta usiłuje zdobyć władzę nad mężczyzną, traci go w dwójnasób: 1) jego reakcją bywa często UCIECZKA FIZYCZNA (inny związek, hobby, koledzy) lub WEWNĘTRZNE WYCOFANIE (emigracja w głąb siebie, czasem połączona z pasywnym pantoflarstwem lub alkoholizmem); 2) nawet gdy uda się kobiecie podporządkować mężczyznę bez wspomnianych „efektów ubocznych”, nie zdoła już w tej relacji rozwinąć pełnego POTENCJAŁU KOBIECOŚCI – nie może więc ani ona, ani on, do końca być sobą. Jak więc wystrzegać się paternalizacji związku? Na jakich płaszczyznach można odpuścić, a o które warto zawalczyć?

 

Zimna Zośka a …koszt stałocieplności :)

16 maj

2016_05_Zimna-Zośka_Ojców

Śląscy harcerze na majowej wycieczce w 1930 (powiększcie i zobaczcie, czy nie ma tu Waszych przodków)

W ostatnich dniach „Zimna Zośka” wyraźnie potwierdziła swe istnienie. Wczoraj było 10 C, a dziś przed 7.00, mimo wschodzącego słońca, tylko 6 C. Jakiś klimatolog niedawno mówił, że to wynika z powtarzających się o tej porze mas powietrza. Ciekawe tylko skąd ta ich punktualność, że przychodzą co roku dokładnie o tej samej porze? :)

Ale ciekawi mnie też inna rzecz. Dlaczego w ogóle człowiek tak dotkliwie odczuwa zimno? Przecież mógłby, niczym płazy i gady, po prostu zwalniać swą aktywność metaboliczną i byłoby po problemie. Tak wiem – koszt stałocieplności, która daje nam ewolucyjną przewagę. Stałocieplność to jednak dość bolesny wynalazek, bo przecież nie tylko odczuwamy „ból” zimna, ale od razu atakują nas wtedy wszelkiego rodzaju infekcje.

Tak, żaba czy żmija może po prostu przeczeka zimno, budząc się przy jakimś cieplejszym dniu. Człowiek zaś stworzony jest do tego, by osobiście to ciepło wytwarzać. I to oczywiste stwierdzenie możemy już przetransponować na płaszczyznę metaforyczną. Brak ciepła na zewnątrz staje się dla nas wyzwaniem, by je samemu dawać, bo inaczej sami cierpieć będziemy – i szybko dopadną nas bakcyle. ;)

 

Miesiąc maj a duchowa dojrzałość i odpowiedzialność…

01 maj

2016_04_KomuniaPierwsza Komunia na Górnym Śląsku (Szopienice, ok. 1926 r.)

Miesiąc maj jest czasem szczególnie pięknym w naszej naturze i w polskiej kulturze - w tradycji związanej z majowymi nabożeństwami i czasem Pierwszych Komunii. Niestety nie wszędzie jest powód do radości. Niedawno w Jaśle doszło do sprofanowania Najświętszego Sakramentu przez kilku gimnazjalistów, którzy przy śmiechach wypluli Hostię, narażając ją na podeptanie. Bolesna to historia dla wszystkich, którzy widzą w tym Sakramencie realną obecność Chrystusa. Ale czy na pewno winić tu należy dzieci? Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, bo nie mam wglądu w ich sumienia. Chciałem się tylko odnieść do podjętej w takich okolicznościach praktyki religijnej ekspiacji za ów czyn.

Czy jest sens przepraszać Chrystusa za tych młodych ludzi? To przecież trochę tak, jakbyśmy się bili w nie swoje piersi. Przepraszać mogę za siebie, ewentualnie za moje dzieci – choć i wtedy robię to za siebie, że je w jakimś zakresie źle wychowałem. Przepraszanie za kogoś bywa dość dwuznaczne, bo może kryć w sobie pewną nutkę wywyższenia samego siebie lub przynajmniej odcięcia się od moralnej odpowiedzialności za wyrządzone zło. Jeśli zaś traktuję Kościół w kategoriach mistycznego ciała Chrystusa, wspólnoty duchowej, funkcjonującej ponad ziemskimi strukturami, moją intencją będzie przede wszystkim pragnienie uzdrowienia tej wspólnoty i jej jedność w Chrystusie.

Myślę, że naturalną reakcją byłaby tu raczej ekspiacja za WŁASNE winy – w tym przypadku zaniedbania względem młodzieży. Za moje lenistwo i zaniechania w zakresie dawania świadectwa. Za egoizm, który każe mi się zamykać we własnej skorupie. Ale nie za kogoś. Sam akt przebłagalny za kogoś kojarzy mi się bardziej z lękiem przed Bogiem, niż z dobrze pojmowaną bojaźnią Bożą, która sprowadzać się winna przede wszystkim do otwartości i pokory. Lęki zaś stanowią swoisty atawizm pogaństwa. Chyba, że owa ekspiacja będzie wyrazem żalu podjętego w ramach całej wspólnoty – żalu, który ma przywodzić nas do głębszej refleksji i duchowej przemiany.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Górny Śląsk, Religia, Wiara

 

Ślązacy w I wyprawie krzyżowej – między dobą krucjat a współczesnością…

25 mar

2016_03_Krucjaty_Śląsk

Przebieg I krucjaty (1996-99), w której wzięli też udział rycerze śląscy (żółto-niebieska gwiazdka)…           Collage wykonałem z rycin i fot. Wikipedia/Internet

„Krzyżowcy” Zofii Kossak, jako pierwsza część wspaniałej Trylogii, zaczynają się od Śląska. Autorka po mistrzowsku wchodzi w czasy sprzed ponad 900 lat – kreśląc nie tylko ówczesne zwyczaje i rodzinne życie, doskonale stylizując język bohaterów, ale też wnikając w ich mentalność – świat wartości, lęków, pragnień i wyobrażeń. Przez całą powieść towarzyszyć będziemy naszym śląskim rycerzom podczas pierwszej wyprawy krzyżowej, na którą trafili dość …przypadkowo. I tutaj dochodzi do prawdziwych zderzeń cywilizacji – najpierw z rycerstwem Zachodu, potem z dworem bizantyjskim, wreszcie ze światem Bliskiego Wschodu. Całą Trylogię bez wahania oceniłbym jako literaturę z najwyższej półki! Poprzez ten śląski akcent chciałbym jednak przejść do znacznie głębszej problematyki, związanej z samą istotą krucjat – ich sensem i historycznym kontekstem.

Przejawia się tu wiele uderzających podobieństw do czasów dzisiejszych. Sporo o nich mówią dwie cywilizacyjne konfrontacje, do których dochodzi w drodze do Ziemi Świętej. Zderzenie pierwsze ma miejsce, gdy śląscy rycerze, wywodzący się ze słowiańskiego kręgu kulturowego, silnie jeszcze osadzonego w pogańskich wierzeniach i prasłowiańskich wyobrażeniach, spotykają się z rycerstwem zachodnim, gdzie białogłowy cieszą się dość wysoką pozycją, a trubadurzy swymi pieśniami potrafią stworzyć rzeczywistość równoległą – wzniosłą i wyidealizowaną, co pozwala tęsknić za światem głębokiego ducha, legendarnej odwagi i doskonałej miłości… Drugie zderzenie było o wiele bardziej wstrząsające – gdy połączeni już łacinnicy (rycerze śląscy z lotaryndzkimi i normandzkimi) docierają do Bizancjum i tam stają się świadkami z jednej strony – przerażającej rozwiązłości, upadku wartości, gdzie honor i dane słowo nic już się nie liczą, odwagę wyparł spryt, a wolę walki przywiązanie do luksusów. Z drugiej zaś strony – drobiazgowy ceremonializm i cesarski absolutyzm, gdzie władza świecka zrównana została z boską i gdzie wszystko objęte zostało zawiłymi procedurami – począwszy od zbierania podatków, kończąc na etykiecie w zachowaniu.

Warto też zwróci uwagę na nasz współczesny stosunek do krzyżowców.  W powszechnych opiniach dość często spotykamy się z bardzo materialistyczną i kompletnie ahistoryczną oceną wypraw krzyżowych. Taki punkt widzenia, ugruntowany przez komunistyczną propagandę w czasach sowieckich (i współczesną ideologię lewackich środowisk zachodnich) wskazuje na kilka rzekomo głównych motywów, jakimi się kierowali obrońcy Bożego Grobu – aspekt EKONOMICZNY: 1) ekspansja terytorialna, 2) żądza zdobycia legendarnych bogactw, 3) wejście w posiadanie mitycznych przedmiotów dających władzę nad światem; aspekt POLITYCZNY: 1) zmiażdżenie odwiecznego konkurenta, który od czterech wieków rósł w siłę na Bliskim Wschodzie, 2) wykorzystanie słabości Saracenów spowodowanej presją Seldżuków; aspekt SPOŁECZNY: 1) rozładowanie narastających konfliktów wewnętrznych w Europie poprzez wskazanie zewnętrznego wroga, 2) rozwiązanie problemu dziedziczenia (najstarszy z rodu dziedziczył ziemię, pozostali bracia stanowili niemały problem społeczny – wyprawy krzyżowe, według tych interpretacji, miały go rozwiązać).

Zupełnie jednak pomijano aspekt TEOLOGICZNY. Zofia Kossak potrafiła doskonale wejść w mentalność ówczesnych ludzi, dając tym samym doskonały wyraz myślenia historycznego, interpretującego dawne dzieje przez pryzmat panujących wtedy wartości, wyobrażeń, lęków i pragnień. Potrafiła też dostrzec istotę rycerskiego etosu, nie pomijając przy tym niechlubnych kart chrześcijaństwa. Z jej Trylogii można jasno wnioskować, że ahistorycznym uproszczeniem jest przypisywanie Kościołowi przyzwolenia na dokonywanie rzezi czy nawracanie mieczem niewiernych. Każda niegodziwość miesza się tu z heroizmem i prawdziwą świętością, dzięki czemu uzyskujemy wspaniałą grę słonecznego światła z głębokim cieniem. Warto mieć świadomość, że wyprawy krzyżowe to nie tylko władanie orężem, ale przede wszystkim całe pasmo wyrzeczeń – poczynając od zostawienia całego dobytku i wyruszenie z ufnością w długą i nieznaną drogę, kończąc na wszelkich trudach i utrapieniach podróży, której towarzyszył mór, głód i skwar.

Ważnym motywem krucjat, ujętym w szerszym tle historycznym, była od strony Kościoła kontynuacja reformy gregoriańskiej. Pontyfikatowi Grzegorza VII towarzyszyła idea powrotu do dawnej żarliwości w wierze, a także do unifikacji jej wyznawania – poprzez ujednolicenie liturgii, uniezależnienie lokalnych kościołów od władzy świeckiej, postawienie akcentu na czystości i unormowanie kwestii celibatu, a przede wszystkim – co w sposób bezpośredni rozbudziło gorliwość przyszłych krzyżowców – wzmocnienie eschatologicznej wizji wśród wszystkich wiernych. To oczywiście wzmagało też poczucie lęku przed potępieniem, ale jednocześnie rozbudzało nadzieję, że pokuta, podjęta w duchu heroicznej postawy krzyżowca, może zdjąć z człowieka jarzmo ciężkich grzechów, uwalniając od niechybnego potępienia. Grzegorz VII przygotował grunt pod zasiew, Urban II zasiał – po ludzku, nie bez błędów, ale szczerze, dokonując w Kościele pierwszego wielkiego resetu, uwalniając lud i rycerstwo od doczesnych zobowiązań (długów, podległości i ziemskich sądów), ale też odsłaniając nadzieje na uwolnienie duszy od jarzma klątw, grzechów i piekielnych wizji. Jednocześnie stworzył zasiew pod swoistą jedność duchową między stanami i narodami – jedność, która po wiekach zrodziła naszą współczesną wrażliwość…

Jeśli można ówczesnemu papieżowi Urbanowi II cokolwiek zarzucić, to może jedynie pewną naiwność w idealizowaniu ducha krucjaty, infantylne podejście do kwestii zbawienia i położenie nadmiernego akcentu na materialnej schedzie chrześcijaństwa (odzyskanie grobu Chrystusa) – ale to wszystko przecież wynikało z mentalności panującej w tamtych czasach. Cały natomiast dramat wiążący się z krucjatami, dziś tak często demonizowany i widziany jako jeden z głównych grzechów Kościoła, wynikał z pewnego przesilenia dziejów i zderzenia trzech różnych kultur – łacińskiej, greckiej i saraceńskiej. Paradoksalnie jednak wyprawy krzyżowe zjednoczyły cały zachodni świat wokół Ewangelii. To prawda, że często źle pojmowanej – ale był to dopiero punkt wyjścia. Kolejne opuszczenie egipskiej niewoli w podążaniu ku Ziemi Obiecanej – i bynajmniej nie myślę tu o Jerozolimie! W którym miejscu tej wędrówki obecnie się znajdujemy? Czy na etapie szemrania i ponownego zwracania się ku egipskim bożkom? A może u samego jej kresu, kiedy zdążyły już zbieleć kości tych, których nadzieje przedwcześnie zgasły?

 
 

Między pamiątką a fetyszem…

05 mar

2016_03_Pamiątki_po_dziadkach

Moi dziadkowie i pradziadkowie – oraz nieliczne po nich pamiątki

Jaka jest różnica między pieczołowicie przechowywaną rodzinną pamiątką a bałwochwalczym fetyszem, amuletem, talizmanem? Zdawałoby się pozornie, że problem jest dość oczywisty, ale czy zawsze? Obejrzałem właśnie dość intrygujący film „Czerwone skrzypce”. Stary instrument posłużył tu za swoisty wehikuł czasu, z pomocą którego reżyser przeprowadził nas przez dramatyczne historie osób, które różnymi zawiłymi koleinami losu wchodziły w posiadanie owych skrzypiec. Przedmiot ten krył w sobie jakąś magnetyczną tajemnicę (nie będę zdradzał jaką, bo może ktoś zechce obejrzeć film) – to właśnie ta tajemnica, wraz z hipnotycznym brzmieniem instrumentu, przyciągała kolejne osoby, których dramatyczne historie odsłaniają się przed nami, niczym kalejdoskop tragedii wszego świata. Jednak z każdą kolejną sekwencją odnosiłem coraz silniejsze wrażenie, że osią całego filmu nie są ludzkie historie, lecz sam przedmiot.

W ten sposób świat ukazany w filmie zaczyna się nam jawić jako jeden wielki chaos, w którym jedynie muzyka skrzypiec staje się jakimś tęsknym wołaniem o przywrócenie utraconej harmonii. Historie ukazanych osób jawią się jednak tylko tragicznymi strzępkami losu, które za sprawą przypadku przylgnęły do tego cudownego instrumentu. Osoba staje się tu o tyle ważna, o ile jest związana z tym przedmiotem – nie odwrotnie. A przecież jeśli z pieczołowitością przechowujemy w swych szufladach jakieś rodzinne pamiątki, to stanowią one dla nas wartość wyłącznie przez wzgląd na życie bliskich nam osób. To obecność tychże osób w jakiś mistyczny sposób materializuje się w posiadanym przedmiocie – ale nie poprzez magiczną moc tej rzeczy, lecz za sprawą wspomnień i sytuacji, którym ten przedmiot towarzyszył.

Fetyszyzacja skrzypiec we wspomnianym filmie doprowadza do tego, że cała historia, zamiast splatać się w jeden ciąg kolejno nanizanych i harmonijnie ze sobą współistniejących koralików, rozsypuje się w jeden chaos. Gdyby twórca zdecydował się główną osią uczynić życie tych osób, niepotrzebna byłaby cała ta magiczna ekwilibrystyka – zbyteczne byłyby też motywy ocierające się o nekrofilię. Myślę, że sama fabuła zyskałaby wtedy na jakiejś spójności, bo można by się wtedy bardziej skupić na płynnej wędrówce instrumentu przez ludzkie pasje i zamiłowanie do muzyki, a także przez wzajemne relacje osób, jakie towarzyszyły losom instrumentu. Motyw był więc ciekawy, lecz podejście do tematu przyprawiające o zawrót i ból głowy. A jaki jest nasz stosunek do starych przedmiotów?…

 
 

Demony – personifikacje ludzkich tęsknot i uwikłań?

07 lut

2014_04_Skarbnik_Strzyga_Starzik

Śląskie stwory i starzikowe łosprawianie (miniaturki na szkle)

W śląskiej demonologii było wiele stworzeń, które na co dzień towarzyszyły człowiekowi, przejawiając się w zjawiskach natury, ale pochodząc z innego świata i karmiąc się ludzką wyobraźnią. Był król mroku – Bobok, którym straszono nas, gdy włóczyliśmy się po ćmoku (po zmroku), bo taki chętnie dzieci porywał i gdzieś po piwnicach zamykał. Była też pani światłości – Danga, która rozpinała swój wielobarwny łuk nad horyzontem, zwiastując wodę w źródłach i studniach. Na moją wyobraźnię jednak najbardziej działały trzy postacie, które można było odnieść do trzech żywiołów – ziemi, wody i powietrza. Były to kolejno: mityczny sztygar podziemi – Skarbnik, śląski wodnik, strażnik wodnej głębiny  – Utopek i starożytny żywioł wiatru – Meluzyna.

Pamiętam, że niemal każdy górnik z szacunkiem o Skarbniku się wyrażał – a rozmawiałem i z takimi, którzy z pełną powagą opowiadali o osobistym jego spotkaniu. Przejawiał ów Skarbnik dwie natury – szkodliwą i pomocną. Na ogół cichy i spokojny, był jednak skory do nagłego uderzenia, gdy górnik nie stosował się do podziemnego kodeksu. Mógł wzrok odebrać, w błocie unurzać, albo w czeluści zapomnianych chodników na zatracenie wywieść. Niektórzy mawiali, że niejedna to postać była – były takie Skarbniki, które sprzyjać miały górnikom, ratując ich z opresji, inne zaś strop nad głową załamywały, zazdrośnie podziemnych skarbów strzegąc. Ten starzec z długą, siwą brodą w powłóczystej do ziemi szacie, czasem w górniczym mundurze, zjawiał się nagle, wychodząc z węglowej ściany i w niej ponownie znikając. Często też ukazywał się w postaci myszy – dlatego tych stworzeń nie tylko nie wolno było pod ziemią krzywdzić, ale i nakarmić je należało – potem mysz taka odpłacała wzajemnością, gdy przed metanem ostrzegała, czy przed zawaleniem chodnika. Skarbnik, Śrebnikiem też zwany, często karał górników za przeklinanie, lekceważące gwizdanie i larmowanie (hałasowanie), ucząc zwłaszcza młodych należnej pokory. Ale też bywał pomocny, gdy się wagonik z węglem wykoleił, gdy woda chodnik zalała, gdy pożar na ścianie wybuchł. Mówili też niektórzy, że skarbnikami były dusze górników, co pod ziemią życie stracili – jednym Bóg pozwalał być dalej wśród górniczej braci w nagrodę, i innych skazywał na to za karę.

Meluzyna to śląski demon wiatru, kobieta pół-ryba lub jeszcze częściej pół-wąż – znana głównie z okolic Pszczyny i Rybnika. Postać zaczerpnięta jeszcze z legend przedchrześcijańskich. Związana też z rodową historią śląskich magnatów – Lusygnianów, u których pewna kobieta z takim zapamiętaniem opłakiwała swe dzieci, że się w wiatr zamieniła. (pierwszy raz się z nią zetknąłem w ”Krzyżowcach” Zofii Kossak, bo w mojej okolicy była raczej mało znana). Mówiono, że Meluzyna była dzieciobójczynią i za swój czyn tak strasznie żałowała, że chwilami w szał wpadała i jako wicher wszystko niszczyła, wodę ponad brzegi wynosząc i zatapiając domostwa. Niszczyła jednak ludzki dobytek nie ze złości, ale ku przestrodze – gdy nagromadzona materia przesłaniała relacje z drugim człowiekiem. Sama bowiem za życia była kobietą próżną, strojącą się w wystawne suknie, które szyła sobie nawet w wielkie święta – i razu pewnego, przy szyciu setnej już sukienki, porwana przez wiatr była, swe dzieci bez opieki zostawiając. Teraz błąka się po studniach i kominach, czasem z nich wychodząc i wyjąc, poszukując pokarmu dla swych godnych dziatek. Dlatego ludzie, litując się nad nią i chcąc ją obłaskawić, na parapet okruszki chleba lub garść mąki sypali. Meluzyna stała się z czasem uosobieniem wszystkich dusz czyśćcowych, dopraszających się o modlitwę.

Utopek (lub Utopiec) był demonem wodnym, zamieszkującym stawy i sadzawki – pojawiał się w postaci małego, zielonego stwora, o pomarszczonej głowie z długimi włosami i błonami pławnymi między palcami. Odziany w czerwony kubrak i kapelusz, często był znany z imienia – w moim domu dziadek straszył nas Jorgusiem, który przy wodzie czatował. Jorguś nie miał własnych dzieci, więc najchętniej bajtle (dzieci) do swego wodnego królestwa wciągał, wyrzucając na brzeg ich ciała, a dusze kryjąc w garnkach na dnie. Jeśli starego porwał, to na służbę podwodną. Utopek mógł też podmieniać dzieci – oddając w zamian dziecko złośliwe i leniwe – takie dzieci podciepami powszechnie zwano. W tym zachłannym porywaniu dzieci nie mógł się jednak nigdy zaspokoić – każda ludzka dusza tylko na chwilę dawała mu ukojenie. Można powiedzieć, że utrzymywał się przy życiu tylko dzięki ciągłemu zdobywaniu dusz – gdy tego zajęcia zaprzestawał, coraz bardziej zgłodniały karlał i w końcu znikał. Ale bywało też, że widywano Utopka pomagającego ludziom przy pracach polowych – dopiero po czasie orientowano się, kto był tym pomocnikiem, gdy niespodzianie bez zapłaty znikał.

Chwilami przychodzi mi na myśl, że wszystkie te trzy demony są w istocie personifikacjami tragicznych namiętności powiązanych z pragnieniami. Skarbnik stał się symbolem zniewalającego przywiązania do miejsca, porządku i tradycji. Meluzyna – do próżności i złości. Utopek – do zachłannego i wciąż nienasyconego pożądania. Ale też wszystkie trzy kryły w sobie jakąś głęboką tęsknotę za dobrem – każda nieco inaczej wyrażaną. Skarbnik chciał chronić górników jak dobry ojciec w niebezpieczeństwie. Meluzyna szukała zagubionych dziatek, by jak troskliwa matka je nakarmić, po drodze niszcząc wszystko, co w materialnych dobrach drugą osobę przesłaniać może. Wreszcie Utopek nie tylko przejawiał nienasyconą żądzę władania duszami, ale też czasem sam przychodził z pomocą – ofiarną i bezinteresowną. Znajdujemy w tych postaciach jakoby obraz dusz złymi skłonnościami obciążonych, jednak łaknących wyzwolenia przez czynienie dobra i dopiero po śmierci duchową metamorfozę przechodzących.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii etnologia, Górny Śląsk

 

Tam, gdzie obcość staje się powłoką swojskości…

11 sty

2016_01_Zawsze_obcy

Powieść Henryka Tomanka to dość gruba pozycja (565 stron), obejmująca dzieje Ślązaków w najtrudniejszym okresie historii 1938-1953, z rozwinięciem bogatych wątków dygresyjnych dotyczących historii Śląska – książka wciągająca nie tylko zgromadzoną tu wiedzą, ale także stworzonym klimatem i psychologią postaci…

Dawno nie czytałem tak dobrej powieści! Autorem książki „Zawsze obcy” jest Ślązak z wykształceniem inżynierskim, ale doskonale władający warsztatem literackim. Henryk Tomanek potrafi też wejść w głębsze pokłady psychologii i na każdym kroku wiązać ciekawe wątki fabuły z niesamowitym zasobem wiedzy historycznej. Jak się dowiedziałem, książkę tę nosił w sobie przez całe życie i zmarł tuż po jej wydaniu. Pozycję Tomanka porównałbym do „Najeźdźców” Dobraczyńskiego. Z kolei w tematyce śląskiej jest doskonałym uzupełnieniem „Blisko coraz bliżej” Siekierskiego, który opisał dzieje sagi należącej do warstw plebejskich, podczas gdy tutaj Autor ogniskuje się na sferach inteligenckich. Konstrukcja powieści jest zasadniczo dwuosiowa. Z jednej strony wchodzimy w problematykę Śląska widzianą oczami Hugona Rothera, przemysłowca i farmaceuty wychowanego w kulturze niemieckiej. Z drugiej zaś strony mamy polską, plebejską społeczność górnośląską, z której wywodzi się Rudolf, instruktor przedwojennego harcerstwa. Wielkim atutem książki jest jej wielowątkowość i esencjonalność – niemal każde zdanie wnosi coś ważnego. Warto odnotować niektóre z podejmowanych tu tematów:

  • Rozległa historia Śląska – nakreślona od panowania Piastów poprzez Królestwo Czeskie, Cesarstwo Austriackie, a od połowy XIX wieku czasy pruskie i ponowne wejście Śląska w skład państwowości polskiej. Cała bogata historia w jej różnych epizodach odsłania się przed nami w dialogach, opisach miast, czy nawet w drobnych przedmiotach, które stają się kluczem do rozwinięcia jakiejś dygresji.
  • Piętno wojen, które przetoczyły się przez Śląsk (m. in. wojna trzydziestoletnia 1618-1648 pomiędzy katolicką Austrią a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojny śląskie 1740-1763 między  Austrią Habsburgów a Prusami Hohenzollernów o panowanie nad Śląskiem, wojna prusko-austriacka 1866 między katolicką dynastą Habsburgów a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojna francusko-pruska 1870-71, gdy Otto von Bismarck chciał osadzić na tronie hiszpańskim pruskiego księcia Leopolda, a Francja nie chciała dopuścić do zjednoczenia państw niemieckich, w rezultacie jednak doprowadzając do ustanowienia Cesarstwa Niemieckiego).
  • Funkcjonowanie na Śląsku tajnych towarzystw i loży masońskich, opisanych tu na przykładzie środowisk aptekarzy i przemysłowców.
  • Problemy etyczno-tożsamościowe Ślązaków zmuszanych do walki po stronie III Rzeszy – dylematy między pruskim pojęciem lojalności wobec państwa, a moralnością chrześcijańską związaną z katolickim tradycjonalizmem.
  • Struktury i działalność polskiego harcerstwa i środowisk tworzących polską konspirację w czasach hitlerowskiego terroru.
  • Szeroki przekrój śląskiego świata nauki, kultury i przemysłu – wpływ wrocławskiego ośrodka akademickiego na społeczność Górnego Śląska.
  • Wpływ środowisk berlińskich na społeczne życie Górnoślązaków (np. mocne zderzenie mentalnościowe, zarysowane np. na przykładzie działalności Freikörperkultur, prekursora  nudyzmu) – nakreślenie zasadniczych różnic między kulturą polską, śląską i pruską.
  • Charakterystyka śląskiej familiarności plebejskiej, związanej z katolicyzmem i propolską orientacją, bardzo dogłębne wejście w wewnętrzne życie śląskich familoków.

Podsumowując, stoimy tutaj przed rozległą i niezwykle bogatą panoramą Śląska, z pogłębionym kontekstem historycznym i socjologicznym. Mamy też bardzo psychologicznie nakreślone sytuacje, dialogi i sylwetki bohaterów. Jednak głównym atutem jest wciągająca fabuła z rozlicznymi dygresjami, zawierającymi wiele ciekawostek historycznych. Bardzo interesującym tematem jest psychologiczna analiza narodzin nazizmu i związane z tym etyczne dylematy wśród różnych grup społeczności śląskiej. Niebagatelną rolę odgrywają tu dialogi wewnętrzne. Wśród słabych stron można by wymienić pewną nieśmiałość w posługiwaniu się gwarą śląską i zbyt nagłe, niezasygnalizowane przeskoki między wątkami. Wyraźny jest też brak objętościowej symetrii między ukazaniem polskiej i niemieckiej strony Śląska (przeważa niemiecka, co nie znaczy, że odczuwalna jest tu jakakolwiek tendencyjność – przeciwnie, Autor z wielką atencją podchodzi do polskiej kultury i historii). Generalnie więc wszelkie uchybienia zdecydowanie bledną wobec ogromnych atutów tej książki, w której realizm postaci, dbałość o szczegóły historyczne i dogłębnie nakreślone sylwetki psychologiczne oraz doskonały warsztat literacki sprawiają, że z każdą kolejną stroną czytelnik tak się delektuje jej treścią, by jak najdłużej móc trzymać tę książkę w ręce. :)

 

Śląska ucieczka od wolności?

16 gru

Ślonzoki-Niymce-i-Poloki

Ślązacy – w wojsku pruskim  (ok. 1910) i polskim (1935) – oraz Ślązaczki w tradycyjnych „chopiónkach”, czyli wiejskjich strojach, które długo jeszcze nosiły kobiety w miastach (ok. 1920 r.) – z mojego rodzinnego archiwum.

Paweł Smolorz w artykule „Ucieczka od wolności” pisze: „Przez wieki Ślązacy wykreowali w sobie uległość wobec większych i silniejszych. Tą cechę przejęli po swoich czeskich ziomkach, dla których bywał to przejaw zdrowego rozsądku. W przypadku Ślązaków, ten pragmatyzm może jednak okazać się zabójczy.”    Hmm, teza ciekawa. Osobiście jednak myślę, że to nie jest żadna „ucieczka od wolności” – bo gdyby tak miało być, Ślązakom byłoby ajnfach jedno, kto nimi rządzi. Zadałbym tu kluczowe pytanie, w jaki sposób rozciąga się ta płaszczyzna śląskości? Według mnie nie jest ona w żaden sposób analogiczna do niemieckości czy polskości. I choćby z tego powodu dystansuję się do postulatów w sprawie uznania śląskiego narodu, co według mnie groziłoby jakimś spłaszczeniem śląskiej tożsamości.

 W moim odczuciu śląskość to rodzaj mentalności, to stosunek do „Domowizny” – która w żaden sposób nie jest tożsama z Ojczyzną czy Vaterlandem. Nie jest też kategorią od nich w jakikolwiek sposób niższą. Śląskość poczucie wzajemnych więzów – niezależnie od narodowości, politycznej przynależności czy religijnego wyznania. Pamiętam, że tworzyliśmy kiedyś ze śląskimi Kamratami z całego świata „Ślónsko Krzinka” (w rozmaitych wariantach: „Ślónsko Lauba”, „Ślónskie Beranie”). Przez lata utrzymywaliśmy ze sobą wirtualną wspólnotę – niezależnie od tego, że byli wśród nas patrioci polscy i niemieccy czy też autonomiści. Byli katolicy, ewangelicy, agnostycy i ateiści. Byli komuniści i konserwatyści. Słowem byliśmy jedno – i to nie tylko za sprawą wspólnej godki czy miejsca urodzenia.

 Śląskość to po prostu swoista OAZA ponad wszelkimi podziałami – ponad walką, ponad przynależnością, ponad językiem. Dodam jeszcze, że według mnie można być Ślązakiem, nie mając śląskich korzeni – wystarczy wejść w tego osobliwego, śląskiego ducha. Piszę to świadomie, choć sam wywodzę się rodziny, która w 100% miała górnośląskie korzenie – a w chałpie godało sie po ślónsku. Jednak zawsze byliśmy uczeni szacunku do obcych. I właśnie dlatego jestem dumny z bycia Ślązakiem. Moje myśli często płyną śląskim nurtem – w ich brzmieniu, w dystansie do rzeczywistości, w tych ciągłych powrotach do śląskiej „swojskości”. A czym jest ta swojskość? Czy to tylko krupnioki i familoki? Nie! To sposób patrzenia na świat, sposób czucia, rodzaj otwartości. To specyficzna filozofia życia. Dlatego nie sprowadzajmy śląskiej kwestii do polityki, bo stracimy coś, co w niej najcenniejsze.

 

Pradawne korzenie dębu

09 gru

2015_12_Pruskie_wojsko_dąb_flaga

Gałązka dębu w rękach Ślązaka w pruskim mundurze – na rok przed wybuchem wielkiej wojny (1913)

Od niepamiętnych czasów DĄB odgrywał w naszej europejskiej, polskiej i śląskiej kulturze niebagatelną rolę, wpisując się w pradawne wierzenia, obrzędowość, magię, wreszcie w głęboko utrwaloną symbolikę. Był świętym drzewem zarówno w świecie prasłowiańskim, jak i celtyckim. Stanowił on w tych kulturach swoistą oś świata (axis mundi), która łączyła nadprzyrodzoną sferę bóstw – PRAWIĘ (korona drzewa) ze światem widzialnym – JAWIĄ (pień) i krainą zmarłych – NAWIĄ (korzeń drzewa). Takie ujęcie przenikać musiało również do świata rzymskiego – Wergiliusz w „Georgikach” tak o dębie pisał: Wierzchołkiem się w niebiosach górnych kołysze, długi zaś korzeń w głębię Tartaru wysyła. Z kolei Pliniusz Starszy dostrzegał niebagatelną rolę dębu w życiu Celtów: „Ich kapłani nie mają nic świętszego nad dąb. Żaden obrządek bez listowia dębowego obejść się u nich nie może, właśnie dlatego nazywają się z grecka druidami”(grecka nazwa dębu brzmi właśnie „drys”, od którego wielu badaczy nazwę druidów wywodzi). Celtowie od tego właśnie drzewa zaczerpnęli nawet nazwę dla swych duchowych przewodników – druidów (od greckiego słowa drys), wtajemniczonych w niewidzialną rzeczywistość.

W czasach nowożytnych dęby niechętnie sadzono przy wiejskich chałupach – prawdopodobnie z uwagi na skojarzenia z trumną i przekonanie, że drzewa te ściągają pioruny. Niemniej dąb sadzony był w otoczeniu dworów i na cmentarzach – na całym niżu i pogórzu, poniżej wysokości 500 m n.p.m. Mistyczna oś czasu, jaką pierwotnie miał wyrażać dąb, przetrwała gdzieś głęboko w ludowej świadomości, na co może wskazywać ciekawa zagadka funkcjonująca wśród ludu: „stoi dąb na polu, ma 12 konarów, na każdym 4 gniazda, w których po 7 piskląt” – odpowiedzią był ROK oczywiście. Dąb był też od wieków symbolem władzy i odwagi. Świadczy o tym utrwalenie tych skojarzeń w poezji i malarstwie – np. w obrazach: „Rycerz pod drzewem” Aleksandra Orłowskiego lub ”Władysław Łokietek” Wojciecha Gersona. W tym też właśnie kontekście posadził go na grobie wielkiego wodza Juliusz Słowacki: Nad drzwiami grobu, na granitu zrębie / Wyrasta dąbek w trójkącie z kamieni, / Posadziły go wróble lub gołębie / I listkami się czarnemi zieleni, / I słońca w ciemny grobowiec nie puszcza („Grób Agamemnona”).

Dąb jest motywem wszechobecnym na polskich cmentarzach – i również na śląskich go nie brakuje. Często wpisany jest w wieniec, tablicę nagrobną lub krzyż. Pojawia się zarówno w przedwojennej metaloplastyce, jak i w starej sztuce kamieniarskiej – na dawnych grobach polskich, niemieckich i żydowskich. Ale równie pospolity bywa w motywach współczesnych. Jako starożytny symbol osi świata, drzewo dębu tworzy często krzyż, będący osią rzeczywistości chrześcijańskiej. Według Kopalińskiego jest wyrazem drzwi do nieba, świętości, nieśmiertelności, a także triumfu – w wymiarze sepulkralnym chodzi oczywiście o zwycięstwo duchowe. Na pomnikach nawiązujących do treści patriotycznych, np. na mogiłach żołnierskich, postańczych czy policyjnych, bywa wyrazem honoru i niepodległości, walki (ognia) i pamięci – i w tym kontekście niezwykle powszechny w kompozycjach wieńcowych. W aspekcie religijnym najczęściej przedstawiony jest w postaci ulistnionej gałązki wyrastającej z uschniętego lub złamanego krzyża. Miejscami na starszych nagrobkach widujemy też żołędzie, które otaczają tablicę z nazwiskiem – żołędzie są symbolem płodności, a w odniesieniach do śmierci bywają też wyrazem trwałości rodu, jak również siły duchowej, przenoszonej z pokolenia na pokolenie.

2015_12_Dąb-cmentarz-Mysłowice

Liście dębu na starych, śląskich nagrobkach w Mysłowicach

 

 

Europocentryzm – zaślepienie czy oprzytomnienie?

18 lis

3_Kop (Lenin_1936)

 Nasi przodkowie na Śląsku nie mieli problemu, by w jednoznaczny sposób identyfikować się z kulturą europejską – duchowym i historycznym dziedzictwem zachodniej cywilizacji. Co się zmieniło przez te 2-3 pokolenia? Na zdjęciu mój Dziadek, wysłany z Szopienic (Katowice) do KOP na granicę z Sowietami, 1936 r.

 A wszystko zaczęło się od sceptycyzmu, który skądinąd stanowi wielką wartość naszej kultury. W jednym z esejów, zamieszonym w tomie „Nasza wesoła apokalipsa”, Kołakowski przytacza starożytną próbę przezwyciężenia sceptycyzmu, który w zachodniej cywilizacji stał się ważną, ale jednocześnie dość niebezpieczną i paradoksalną częścią jego kultury. Otóż sceptyk, który chciałby być konsekwentny do końca, powinien milczeć, bo wyrażając swe poglądy, przestaje być sceptykiem – oczywiście byłoby to intelektualnym samobójstwem. Ale do tego właśnie prowadzi postawa rozpędzonego uniwersalizmu kulturowego, która za równoprawne próbuje uznawać różne systemy wartości. I właśnie dlatego Kołakowski staje po stronie europocentryzmu…

Nie możemy zrezygnować z uznania naszej cywilizacji jako stojącej wyżej od innych – tylko dlatego, że rozwinął się w niej zmysł samokrytycyzmu. Podstawowym zadaniem jest panowanie nad nim w ten sposób, aby nie zapędzać się w ślepą uliczkę relatywizmu wartości. Bo kiedy mówię, że wszystkie kultury są równoprawne, to musiałbym również przyznać muzułmaninowi prawo do kamienowania bałwochwalców, wieszania homoseksualistów itd. Nasza cywilizacja nie pozwala nam krzewić zachodnich wartości siłą, jednak trzeba umieć ich bronić i konsekwentnie głosić – bez skrupułów, że naruszamy tym czyjąś „neutralność”, bo z innych stron wobec siebie tej neutralności spodziewać się nie możemy. I jeszcze cytat z Kołakowskiego – jakże dziś aktualny: „Europa znajduje się pod ciśnieniem totalitarnego barbarzyństwa, którego siła wspomagana jest wahaniami Zachodu”.

Jeśli dopuścilibyśmy utopijną wizję świata, w której nasi potomkowie mieliby za swych duchowych ojców przyjąć Mojżesza, Buddę, Jezusa i Mahometa razem wziętych – jak to niektórzy zwolennicy kulturowej homogenizacji postulują – żadnego z nich nie traktowalibyśmy poważnie i stalibyśmy się w 100% barbarzyńcami – konkluduje Kołakowski, ciągnąc dalej: „stajemy w obliczu konfrontacji wielkich sił kulturowych, które w rzeczy samej wiodą nas ku jedności – jedności barbarzyńskiej, opartej na zapomnieniu tradycji”. (W poszukiwaniu barbarzyńcy” 1980). Nie dziwmy się więc skutkom podcinania swych korzeni w obliczu islamskiego exodusu – sfera duchowa nie znosi próżni. Jeśli będziemy chować do szafy całe swe dziedzictwo – to ze wstydu, że przeżytek, to znów z dziwnie pojętej wrażliwości, by kogoś nie urazić, wkrótce staniemy się ludźmi znikąd i zmierzającymi donikąd, bez perspektyw.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii filozofia, polityka, socjologia