RSS
 

Sienkiewicz płynie w naszej krwi…

14 lis

2016_11_Sienkiewicz-Śląsk

 Mój dziadek Ludwik na sowieckiej granicy podczas służby w 1936 r. – w Korpusie Ochrony Pogranicza, batalion „Sienkiewicze”

15 listopada przypada równo SETNA ROCZNICA śmierci Henryka Sienkiewicza. A był to pisarz, który piórem malował – tak plastyczne są jego wizje! Jakże inne od współczesnego mu Bolesława Prusa, który tę samą rzeczywistość opisywał atramentem czystego pozytywizmu, nazywając Sienkiewicza „klasykiem polskiej ciemnoty” i zarzucając mu ckliwy sentymentalizm. Przypadkiem słyszałem o anegdocie, która doskonale oddawała różnice między obydwoma pisarzami – obaj mieli ponoć opisywać tę samą procesję Bożego Ciała: Sienkiewicz wdrapał się wtedy na jakąś kościelną wieżę, skąd pełen zachwytu upajał się widokiem rozmodlonego tłumu. Prus tę samą procesję obserwował „oddolnie” – z perspektywy ulicznego gwaru, ubolewając nad duchową kondycją katolików, dla których wyrazem najwyższej gorliwości było zrzucanie czapek Żydom przed Najświętszym Sakramentem.

 Jeden i drugi oddawali jakąś bolesną, i pełną nadziei zarazem, prawdę o Polsce – jeden przez pryzmat narodowego idealizmu, drugi – społecznego realizmu. Czy można powiedzieć, że jeden był bliższy prawdy od drugiego? Myślę, że nie – co zauważał już Gombrowicz, podobnie jak Prus niechętny Sienkiewiczowi, którego uważał za pochlebcę jaśniepańskiego samozadowolenia. A jednak potrafił też dostrzec w jego prozie wysoki potencjał wartości, pod warunkiem, że zdołamy w niej odsłonić swoiste lustro, w którym zobaczymy nasze narodowe megalomanie, małostkowości, kompleksy i skłonności do marzycielstwa. Nie przeczę, że Gombrowicz miał tu również rację, choć potrafię dopatrzyć się też innej, według mnie znacznie głębszej wartości Sienkiewicza. A jest nią szczere pragnienie ideałów, próba wzniesienia się ponad brud powszechnego zepsucia, wiara w jednoznaczną i nienaruszalną hierarchię wartości. Bo czym stają się narody, które z tego wszystkiego rezygnują? Widać to dziś dobrze w konsumpcyjnie nastawionych do życia społeczeństwach Zachodu, które przywykły już do relatywizowania wszystkiego – zatracając tym samym jakikolwiek punkt odniesienia.

 Z ciekawością przeczytałem, że uznana dziś powszechnie powieść „Quo vadis” spotkała się początkowo z wielkim oporem, a niektóre ówczesne środowiska katolickie domagały się wręcz wciągnięcia jej na „ideks”. Zadziwiające - zwłaszcza, że nie przypominam sobie, bym w jej treści natknął się na jakieś kontrowersyjne fragmenty. Powieść ta, powszechnie uznawana za główny powód nagrody Nobla, wbrew powszechnemu mniemaniu przeszła przez komisję bez większego echa. Znacznie większe zainteresowanie wzbudziła tematyka polska zawarta w Krzyżakach i Trylogii. W końcu to na odcinki tychże powieści z niecierpliwością oczekiwała cała Polska, żyjąc losami Juranda i Zbyszka lub Wołodyjowskiego, Skrzetuskiego czy Kmicica. Na jakimś spotkaniu z chłopami Sienkiewicz doznał głębokiego wzruszenia, gdy któryś z chłopów wyznał Pisarzowi, iż to on właśnie uczynił ich Polakami. Żadne odezwy, przywileje czy edukacje nie zrobiły dla tej sprawy więcej, niż proza Sienkiewicza. Mogę to zaświadczyć osobistymi relacjami moich dziadków – wywodząc się ze śląskich, górniczo-hutniczych rodzin, żyli ideałami sienkiewiczowskiej prozy (nomen-omen mój dziadek trafił nawet do batalionu „Sienkiewicze” – zdjęcia powyżej). Ale i dziadkowie mojej Żony, choć byli chłopami na wschodnich rubieżach Polski, w czasie zimowych wieczorów, przy świecach, również na głos czytali Trylogię, co stanowiło swoistą celebrację ich rodzinnego życia. Ci sami nasi dziadkowie bronili potem Polski przed zachodnią i wschodnią nawałnicą dwóch totalitaryzmów…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii literatura, patriotyzm, Śląsk

 

Między czasem a estetyką – relacją i pięknem…

01 lis

2016_10_Nikifor_zegarFragmenty prac Nikifora

      Kilka miesięcy temu kupiłem sobie ładny zegar w stylu retro – taki zwykły elektron na baterie, ale bardzo mi się spodobał. Wczoraj zaczął nagle jak wariat gnać do przodu – przyspieszając o całą godzinę, jakby na przekór dzisiejszemu cofaniu zegarów. Pozostaje mi więc wybór: zegar ŁADNY czy DOK-ŁADNY. Chyba jednak pragmatyzm wymusi to drugie – co jednak nie znaczy, że inny zegar nie stanie mi się równie bliski.

      Przez lata komuny i ubogiego okresu postkomuny nauczyłem się darzyć sympatią to, co na ogół wydaje się zużyte, pospolite i dla innych nieatrakcyjne. Przystosowanie dość ciekawe, bo dające do myślenia, czym tak naprawdę jest estetyka, która według mnie nie bazuje na mimowolnych poruszeniach, ani też na wytyczonych kanonach, ale w pełni może wypływać z woli. Tak się dzieje, gdy odczucie piękna idzie w parze z poszukiwaniem dobra.

       W sposób szczególny jest to widoczne, gdy coś powszechnie uważane za pracę niezdarną, naiwną, daleką od kanonów estetycznych, nabiera dla nas szczególnej wartości z uwagi na aspekt duchowy, jaki temu przedmiotowi towarzyszy. Piękno wprzęgnięte w służbę dobra wcale nie musi być relatywne – ono właśnie wtedy ujawnia swą niezależność, nie poddając się żadnym modom i innym kryteriom zewnętrznym.

       Piękno stapia się w jedno z tęsknotą, wzruszeniem czy pragnieniem (zależnie czy jest skierowane ku przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości). Staje się więc w całości nakierowane na przestrzeń duchową konkretnego człowieka. Dlaczego patrząc na obrazy Nikifora, dostrzegam w nich piękno? Bo spoglądam przez pryzmat jego duszy, zmagań i emocji. Dzieło lub przedmiot pozbawiony tych odniesień traci swą szczególną wartość – ale też każdy z nas te relacje w sobie tworzy.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Aksjologia, estetyka

 

Co z tą prawicą?…

22 paź

2016_10_Slonsko_TRADYCJA

Co  dziś bardziej definiuje pojęcie PRAWICY, zwłaszcza na Śląsku, jeśli nie czerpanie z duchowych tradycji?… (moje miniaturki na szkle)

Na początek krótki wykład Tischnera o terroryzmie lewicowym i prawicowym:   https://www.youtube.com/watch?v=vmsa0V77ts8

Bardzo cenię sobie całą myśl ks. Tischnera, również tą, przestrzegającą przed mariażem polityki z religią. Mam jednak wątpliwość, czy na czasy obecne byłaby to trafna diagnoza. Bo co właściwie dziś stanowi prawicę? Co nią było kiedyś? I co dziś bywa mylnie interpretowane jako prawica w czasach minionych? Czy np. nazizm był prawicą? Przecież nawet w nazwie NSDAP był socjalizm, a ostrze tej ideologii wymierzone było w cały tradycyjny świat wartości, na którym każda prawica powinna się opierać…

Albo czy dzisiejsza partia Marine Le Pen we Francji jest prawicą? Niedawno czytałem, że w swym programie wpisała radykalne zerwanie z ekspresją wszelkiej religii w życiu publicznym (powrót do „wartości” rewolucji francuskiej?) – a przecież w tradycyjnym pojęciu prawica powinna się zawsze odwoływać do duchowych korzeni własnej cywilizacji… A może niemiecka AfD jest tą prawicą? Nie wiem, choć wątpię – bo czy samo spoiwo antyislamskie, które łączy ten front w rosnącą siłę, może stanowić o jego prawicowości…

To może obecnie rządząca partia w Polsce jest prawicą? Tu znowu mam dylemat – bo owszem, broni ona tradycyjnych wartości, odwołując się do chrześcijańskiego korzenia. Silnie też jest umocowana w tożsamości historycznej i patriotycznej. Ale gdyby sięgnąć do całej rozciągłości definiowania prawicy, to nie znajdziemy tu zabiegania o interesy klasy posiadającej – wręcz przeciwnie, mamy program typowo socjalny. Gdzie więc jest ten renesans prawicy, o którym mówił Tischner?

I jeszcze jedno ważne pytanie. Czy faktycznie terroryzm lewicowy – jak mówił Tischner – przestał istnieć? A może tylko wdział na się białe rękawiczki „liberałów” (którzy nie mają nic wspólnego z liberalizmem), tudzież opasał się tęczową flagą rewolucji obyczajowej lub okrył się zielonym listkiem ekologów? (dla których ekologia stała się tylko maczugą do walenia starego świata wartości). Z której strony dzisiejsza cywilizacja jest bardziej zagrożona?…

 

Moje osobiste odczytanie Tajemnic różańcowych

08 paź

2010_10_RóżaniecKościół Mariacki w Mysłowicach z XIV wieku

Na początek trochę historii. Ciekaw jestem, gdyby tak przeprowadzić sondaż, ile ludzi by wiedziało, co się wydarzyło 7 października 1571 r. i jak ta data wpłynęła na związek tego miesiąca z Różańcem? Otóż 445 lat temu miała miejsce bardzo ważna dla Europy bitwa pod Lepanto (dziś Zatoka Koryncka), w której odparte zostało widmo islamizacji Europy. To od tego właśnie dnia obchodzimy wspomnienie Matki Bożej Różańcowej – ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi. Zatopiono wówczas większość galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich i uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników. Papieżem był wtedy Pius V, który doprowadził do powstania Świętej Ligi. Miała ona dać odpór ekspansji Sulejmana II. Zwycięstwo poprzedziła wizja Piusa V, który miał zobaczyć spokojne oblicze Maryi, zapewniającej go o zwycięstwie.

Dziś oczywiście Różaniec jest dla nas przede wszystkim narzędziem do prowadzenia walki duchowej. Przyznam, że przez długie lata go nie rozumiałem. Częstym zarzutem wobec tego rodzaju modlitwy (zwłaszcza ze strony protestantów) jest bezmyślność, gadatliwość czy Maryjo-centryczność. Dziś mogę bez wahania wszystkie te zarzuty oddalić. To modlitwa najmniej „gadatliwa” – bo wprowadzi w przestrzeń kontemplacji. Z pewnością nie jest bezmyślna, bo daje okazję do refleksji nad wieloma płaszczyznami życia – zarówno w aspekcie biblijnym, jak i osobistym (przykłady poniżej).  Wreszcie, choć punktem wyjścia jest Maryja, to jednak intencję kierujemy ku Bogu, w którym mieści się cała różnorodność świętości – wszystkie uświęcone życiorysy, z Maryją na czele. Dziś już bardziej świadomie sięgam do tajemnic Różańca, wzbogaconych przez Jana Pawła II o Tajemnicę Światła. Warto zresztą pochylić się nad wymową każdej z nich w odniesieniu do naszego osobistego życia. Poniżej propozycje takich rozważań.

 Tajemnice RADOSNE:  1) ZWIASTOWANIE – otwartość i czystość serca wraz z pokorą to najżyźniejsza duchowa gleba pod zasiew Prawdy i Dobra. 2) NAWIEDZENIE ELŻBIETY – gdy przepełnia nas radość z duchowego objawienia, pragniemy się nią dzielić – jak też zauważać ją w innych. 3) NARODZINY – Spełnienie obietnicy: Słowo staje się Ciałem, czyli to co dotąd było wyłącznie duchowe, przybiera format namacalnej relacji. 4) OFIAROWANIE W ŚWIĄTYNI – to wyraz ufności: gdy rodzic powierza swe dziecko Bogu, zawierza tym samym wszystko, co najcenniejsze. 5) ZNALEZIENIE W ŚWIĄTYNI – nadzieja położona w Bogu nie może zawieść, choć jej owoce bywają dla nas nie zawsze przewidywalne.

Tajemnice ŚWIATŁA:  1) CHRZEST JEZUSA – świadoma deklaracja do wspólnoty ludu Bożego jest nie tylko tradycją, ale pełnym zanurzeniem woli w wierze. 2) CUD W KANIE – pierwszy publiczny cud Jezusa; troska o drugiego człowieka poprzedza nauczanie (najpierw dobro, potem mądrość). 3) NAUCZANIE – głoszenie Dobrej Nowiny jest zawsze łączone z posługą (uwalnianie, uzdrawianie itd.) – i kierowane do wszystkich. 4) PRZEMIENIENIE – jaśniejąca Twarz staje się znakiem łączności z Bogiem, tak jak nasze życie przemienia się pod wpływem tej Obecności. 5) USTANOWIENIE EUCHARYSTII – życie w Chrystusie to również dzielenie się sobą bez reszty w wymiarze duchowym i materialnym.

Tajemnice BOLESNE:  1) OGRÓJEC – relacja z Bogiem idzie często w parze z poczuciem samotności wobec świata i jest wyrazem gotowości na wszystko. 2) BICZOWANIE – przyjmowanie bolesnych ciosów ze strony innych to wyraz cielesnej bezbronności, która jest wymiarem duchowej wolności. 3) KORONA CIERNIOWA – przyjmowanie szyderstw i wejście w wymiar ogołocenia staje się wyrazem ufności Najwyższemu. 4) DROGA KRZYŻOWA – przyjęcie cierpienia za drugiego człowieka, bez narzekania i przeklinania, to uwolnienie od samego siebie. 5) UKRZYŻOWANIE – godne przejście przez granicę śmierci to nie ucieczka od cierpienia, zniewolenia i poniżenia – to dopełnienie ufności.

Tajemnice CHWALEBNE:  1) ZMARTWYCHWSTANIE – kluczowy punkt wiary nie polega na jego niezwykłości, lecz na radykalnym przesunięciu środka ciężkości – z nadziei uwiązanej do nadziei wolnej. 2) WNIEBOWSTĄPIENIE – przyjęcie wyjątkowości Jezusa jako nieśmiertelnej „Twarzy” samego Boga (Twarz znaczy tu rodzaj relacyjności). 3) ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO – zjednoczenie wszystkich ludzi dobrej woli w jednym DUCHU (Bóg jako Most łączący ludzi w jedno). 4) WNIEBOWZIĘCIE MARYI – obietnica przyjęcia wszystkich, którzy zanurzyli się w Bogu przez pokorę, prawdę i dobro, jak Maryja. 5) UKORONOWANIE MARYI – oddanie władzy cichemu Dobru, które zwycięża wszelki zgiełk, kłamstwo i przemoc.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Religia, Śląsk, Wiara

 

Krzykliwość „Czarnego”…

04 paź

2016-10-Sąd ostatecznyNa zdjęciu: fragment „Sądu Ostatecznego” (1 połowa XVII wieku, Zamek w Sanoku)

Może warto najpierw przypomnieć dawną, zapomnianą nazwę szatana, jaka funkcjonowała na naszych wsiach - często określało się go mianem „Czarnego”. Skojarzenie z ostatnimi wydarzeniami nasuwa się samo, kiedy to w ramach aborcyjnego protestu tyle ludzi, ubranych na czarno, wyszło na ulice. Nie znaczy to wcale, że w każdym uczestniku tych „czarnych marszów” widzę diabła - wiem przecież, że było tam wiele osób, które dały się zwieść gigantycznej manipulacji. Byli też moi znajomi, których na co dzień darzę sympatią…

Pomijam już fakt, że nie wiedzieć dlaczego manifestacje wymierzone były w polski rząd - choć nie on był autorem projektu ustawy, przeciwko której wytoczono najcięższe działa. Kłamstwo, agresja i wulgarność, połączona z szyderstwami wobec tego co najświętsze. Nawet najpiękniejsze kolędy polskie zostały wyszydzone w wulgarnych hasłach tej kampanii. A wszystko to chwilami mogło wywoływać fałszywe wrażenie zapanowania tego „czarnego” nad całą Polską. Nie poddawajmy się jednak takiej mrocznej iluzji.

Zło jest niezwykle krzykliwe i bardzo chętnie wychodzi na ulice z różnego rodzaju prowokacjami. Dobro w tym czasie cierpliwie trwa na zgłębianiu najgłębszych treści serca lub w zaciszu dokonuje rzeczy wielkich, z dala od tłumów i kamer… Internet ze szczególną mocą ujawnia zgiełk i chaos tego świata – jednak to tylko CIEŃ istnienia, który sam w sobie jest NICOŚCIĄ. I kiedy tylko nie damy mu pożywki, szybko znika. Nadzieja i dobro stają się więc skutecznym orężem do przeciwstawienia się takiemu naporowi agresji i wulgarności…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii etnologia, etyka, Religia, Wiara

 

Pożegnanie Europy?…

21 wrz

2016_09_Pozegnanie_Europy

„Pożegnanie Europy” Aleksandra Sochaczewskiego (1890)

W dzisiejszym przeglądzie prasy napotkałem wzmiankę, że francuska Minister Praw Kobiet (sam fakt istnienia takiego ministerstwa wskazuje na dziwny stan normalności) podjęła kroki, by zablokować katolickie portale pro-life. Mamy więc kolejny przejaw świeckiego totalitaryzmu, który po oderwaniu od kulturowych korzeni, nieuchronnie staje się formą dyktatury, na kształt jakiejś nowej quasi-religii.

Skoro odmawia się chrześcijanom współtworzenia państwa obywatelskiego, brutalnie tłumiąc jawne i demokratyczne formy dialogu, to już wkrótce można się spodziewać, że w życiu publicznym do głosu dochodzić będą siły, które działają w sposób niejawny i niedemokratyczny, opierając się wyłącznie na przemocy i pogardzając dorobkiem zachodniej cywilizacji. Bo życie polityczne nie znosi pustki, a wobec jednej bezwzględności dochodzić może do głosu wyłącznie kolejna bezwzględność.

Chwilami więc czuję się jak ten zesłaniec z obrazu Aleksandra Sochaczewskiego „Pożegnanie Europy” (1890). Zesłaniec, który tęsknie spogląda w stronę własnego Kontynentu – wiedząc, że traci go bezpowrotnie. Choć może właśnie pogodzenie się z tą utratą winno się stać początkiem prawdziwej nadziei, w której czasem musi coś do końca obumrzeć, by odrodzić się na nowo?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii etyka, polityka, socjologia

 

Prosto z nieba …na skażoną ziemię

19 wrz
Dopiero teraz obejrzałem sobie pierwszą próbę fabularnego podejścia do katastrofy smoleńskiej – chodzi o film „Prosto z nieba” (2011) –
http://superfilm.pl/film-Prosto-z-nieba
 - pozycję, która przeszła bez echa, będąc dramatycznie nisko oceniona, co chyba płynie z grubego nieporozumienia…
Początek może się komuś wydawać nieco rozlazły, ale to właśnie on daje sposobność wczucia się w normalny dzień – jeden z wielu, jaki w założeniu miał zaczynać kolejne ogniwo egzystencji w życiu każdego z uczestników lotu. Przez to wprowadzenie w bardzo naturalny sposób pokazane są dramaty i psychologiczne profile każdego z bohaterów. Przeciągające się i dość statyczne ujęcia sprawiają, że mimo pozornej prozy życia coś ciężkiego wisi w powietrzu….
Może w imię tego naturalizmu autor  za bardzo próbował eksploatować najciemniejsze zaułki duszy każdego z bohaterów, przez co obraz staje się coraz cięższy. Tym bardziej, że po pierwszych doniesieniach o katastrofie, wszyscy zaczynają się miotać i przeklinać – żadna z przedstawionych tu osób nie wkracza w przestrzeń nadziei i wiary (nie chodzi mi o kreowanie jakiejś idealistycznej wizji, ale o pokazanie bardziej zróżnicowanego przekroju społeczeństwa). Choć i to może jest uzasadnione, bo tak naprawdę film nie jest o katastrofie samolotu – on jest o katastrofie życia…
Myślę, że niskie oceny filmu płynąć mogą z rozczarowania, bo każdy spodziewał się opowieści o tragicznym locie z 10 kwietnia – tymczasem jest to obraz o egzystencjalnej jałowości każdego z bohaterów. Przesłaniem filmu mogą być słowa małej dziewczynki, która na koniec mówi do chorego dziadka: „Musisz nauczyć się radości od samego początku”. Słowa padają w prozaicznym kontekście sytuacyjnym, ale odnoszą się do najgłębszych pokładów życia każdego z bohaterów – i do nas samych.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii etyka, film

 

Cuda w przestrzeni ludowej i naukowej

01 wrz

2016_09_CUDA-WIARAWiara w cuda na Śląsku była tak naturalna, jak w całej ludowej religijności i - towarzyszyła od kołyski do trumny. Czy przez to można powiedzieć, że ludzie byli mniej mądrzy?…

Dzieci i nauczyciele zasuwają do szkoły, a ja wreszcie mam upragniony urlop, do którego nie potrzebuję palm i lazurowego wybrzeża – wystarczy szum pobliskich drzew i dobra książka. Wypożyczyłem więc sobie z biblioteki „Cuda” Erica Metaxasa. Początkowo myślałem, że to jakiś zbiór pobożnych opowiadań, jednak zaciekawił mnie już sam wstęp, w którym autor konfrontuje się z różnymi opiniami na temat niewyjaśnionych zjawisk, ujmowanych w kategoriach cudów. Każdy z nas zapewne zetknął się z silną wiarą w cuda na poziomie ludowych wierzeń. Nie ujmując nic ich wartości, chcielibyśmy jednak sięgnąc głębiej – do samej istoty cudu. Czym jest i czy w świetle nauki ma prawo się wydarzyć? Św. Augustyn twierdził, że cud nie dzieje się wbrew naturze, ale wbrew naszej wiedzy o niej. Metaxas dodaje: „cud jest wtedy, gdy coś spoza czasu i przestrzeni potrafi w te wymiary wkroczyć”. Czy potrafimy sobie wyobrazic świat bez jednego z tych parametrów – bez czasu lub bez przestrzeni? Nie. A przecież cała kosmologia opiera się na założeniach, że one nie zawsze istniały. Czy już sam ten fakt nie zasługuje na miano fundamentalnego wykroczenia poza zdolność naszego pojmowania? A tym samym czy nie powinien skłonić nas do powściągliwości w postawie prześmiewczej wobec zjawisk niewyjaśnionych?

 Oczywiście prawdziwy cud (w pełnym jego rozumieniu) ma miejsce tylko wtedy, gdy nie jest oparty na złudzeniach czy autosugestiach. To pierwszy warunek – ale jest też drugi, z teologicznego punktu widzenia jeszcze ważniejszy: cud musi nieść jakieś przesłanie duchowe. Samo zjawisko nie jest cudem, nawet gdy będzie najbardziej spektakularne, jeśli nie odczytamy z niego jakiejś prawdy. U podstaw każdego takiego odczytania znajdujemy przede wszystkim pytanie o sens istnienia. Czy świat jest sekwencją przypadkowych zdarzeń, czy logicznym ciągiem historii, która stała się areną ludzkich zmagań? C.S. Lewis, były ateista, który wszedł w przestrzeń wiary z pomocą swego przyjaciela – Tolkiena, dał na to taką odpowiedź: „Jeśli wszechświat nie ma żadnego sensu, to nigdy nie powinniśmy się zorientować, że tego sensu brakuje. Tak samo gdyby we wszechświecie nie istniało światło, nie byłoby stworzeń posiadających oczy i nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że jest ciemno.” Można by tu jeszcze za Lewisem dorzucić pytanie, czy w ogóle istniałoby wówczas słowo „ciemność”? I czy istniałoby słowo „sens”, gdybyśmy go nie potrzebowali – a zatem gdyby on nie był wpisany w nasz duchowy genotyp jako rzeczywista wartość?

Wróćmy jednak do samej istoty cudów, które wykluczają również deiści (wierzą w Boga i w samo stworzenie świata, lecz odrzucają bieżącą w niego ingerencję). Co moglibyśmy powiedzieć na taką wizję istnienia? Jeśli Bóg stworzyłby wszechświat, a nie byłby w stanie uzdrowić niewidomego, to byłoby tak, jakby ktoś wierzył, że „Wojnę i Pokój” napisał Lew Tołstoj, ale negował możliwość przestawienia przez autora przecinka po napisaniu rękopisu tejże powieści. Istotą cudu nie jest ani jego tajemniczość, ani spektakularność – lecz sens, jaki nadaje istnieniu. Patrząc na ludzi zanurzonych po szyję w mętnej wodzie i kroczących po mulistym dnie, widzimy tylko ich głowy, które zdają się płynąć po powierzchni – jednak wyobraźnia dopowiada nam całą resztę. Załóżmy jednak, że doświadczenie wody i każdej innej cieczy jest nam obce – czy nie uznalibyśmy tego za cud? Podstawmy teraz za wodę świat ducha. Jeśli odrzucamy jego istnienie, wszystko zaczyna się jawić niezrozumiałe. Bo jak mawiał Wittgenstein, nauka nie objaśnia nam świata, tylko go opisuje. Możemy opisać zjawisko głowy na wodzie i próbować je jakoś wyjaśnić – wtedy jednak tak często zapominamy już o wsłuchaniu się, co ta głowa chce nam powiedzieć. ;)

 

Podróbki, iluzje i …światy alternatywne

12 sie

2016_08_PRZEDMIOTY-ILUZJE

 Sto lat temu… Rodzina Dłubisów z Szopienic – dzisiejsza dzielnica Katowic

Żyjemy w dobie wirtualnych iluzji, tanich surogatów, udających naturę imitacji. Co sprawia, że tak chętnie sięgamy po meble z płyty podrabiającej deski starego dębu, szklane paciorki wcielające się w rolę szlachetnych kamieni, czy plastikowe tacki do złudzenia przypominające słomiane plecionki? Czy powodem jest tylko tani snobizm? Próżność? Próba zaimponowania innym za najniższą cenę? A może przyczyna tkwi znacznie głębiej, niż sugerowałby to powierzchowny osąd? Może kluczem jest spojrzenie na te wszystkie przedmioty ponad ich materialną osnową?

Myślę, że jest w tym wszystkim jakaś głęboka tęsknota za utraconym rajem, który można rozpatrywać na różnych płaszczyznach. Pierwsza to podświadoma negacja przemijania – chętnie wracamy do czasu dzieciństwa, z którego wynieśliśmy obraz starych mebli, skrzypiącej skrzyni, drewnianej podłogi. Druga to chęć obcowania z naturą – chętniej sięgamy po coś, co kojarzy się z nieskażoną harmonią przyrody, choćby poza wizualnym skojarzeniem nie miało z nią wiele wspólnego. Płaszczyzną trzecią jest pragnienie trwałych wartości, manifestowane np. podróbkami złota czy diamentów – bezpośrednio odnosi się ono do materializmu, ale równie dobrze może stawać się symboliką wartości duchowych, niepodlegających śmierci.

Oczywiście na płaszczyźnie racjonalnej nie ma tu ani trwałości, ani natury, ani żadnej wędrówki w czasie – jest jakaś ułuda. Ale czy tylko? Czy świadome oddziaływanie na własną podświadomość nie przenosi naszych tęsknot i pragnień poza poziom materii? Panele stają się skrzypiącą podłogą babci. Zegar bije jakby miał dawne serce, wprawiane w ruch codziennym naciągiem dziadka. Sztuczne sznury czosnku zdają się jeszcze pachnieć ogrodem, a fototapeta staje się oknem na górską dolinę. Czy to źle, że człowiek potrzebuje tylko małego impulsu, aby przenieść się do tych światów alternatywnych? Czy w ten sposób kiczowate podróbki nie otwierają przed nami drzwi do rzeczywistości zupełnie od materii niezależnej?

 

Jedyna droga ku pojednaniu…

11 lip

2016_07_GranicaDzisiejsza granica polsko-ukraińska w Bieszczadach - z widokiem na Halicz i Rozsypaniec po stronie polskiej.

Pozostając jeszcze przy ukraińskiej granicy, chciałbym odnieść się do ludobójstwa wołyńskiego, którego bolesną rocznicę dziś obchodzimy. 73 lata temu miało miejsce coś niewyobrażalnie okrutnego i niepojętego. Niestety, gdy gra się historią, używając jej do celów doraźnych, propagandowych, prawda bywa odstawiana na śmietnik – i nie służy to żadnej ze stron, gdy zaczyna się cyniczne zawłaszczanie historii przez ideologów różnych opcji. Takie instrumentalne podejście do historii może mieć dwa ostrza – jednym jest budowanie fałszywych (a tym samym kruchych) fundamentów jedności, drugim – podsycanie nienawiści do innych narodów w imię tak właśnie pojmowanej jedności. Dziś młodzi Ukraińcy to już zupełnie inne pokolenie. Myślę, że nie można już nimi do tego stopnia manipulować, by całkowicie uśpić ich sumienia na zbrodnię. Jeśli jednak dochodzi do gloryfikacji Bandery, to dzieje się tak tylko przez nieświadomość społeczeństwa i zafałszowanie historii. Nowe pokolenia w osobie Bandery szukają po prostu mitologicznego herosa, nie znając go w ogóle jako postaci historycznej. I nie możemy ich za to winić. Ale tym bardziej powinniśmy odważnie i cierpliwie przekazywać prawdę, nie ustając w imię jakiejś tam poprawności. Oczywiście wiedza o banderowskim ludobójstwie była przez lata Ukraińcom podawana - tyle że to była jeszcze wiedza „postsowiecka”, której dziś na Ukrainie nikt nie ufa – i trudno się temu dziwić. Dlatego wypierają prawdę o ludobójstwie, wpadając w pułapkę zafałszowanej historii i biorąc ją za dobrą kartę. jednak prawdziwy dramat by się zaczynał dopiero wtedy, gdyby mieli świadomość tej okrutnej rzezi i nadal pozostawaliby przy swej gloryfikacji.

Dziś niejednokrotnie widzimy Rosjan manifestujących pod portretami Stalina. Czy wiedzą, że wysławiają największego zbrodniarza w historii? Podobnie jest na Ukrainie z Banderą, który czczony jest na fali ideologicznej mitologizacji. Nie ma to nic wspólnego z hołdowaniem zbrodni. Wyobraźmy sobie sytuację, że po dobie stalinizmu, kiedy to naszych Żołnierzy Wyklętych przedstawiano jako zwykłych bandytów, nagle następuje okres ich rehabilitacji – a potem ktoś z zewnątrz neguje tę prawdę, wracając do stalinowskiej retoryki. Czy Polacy by uwierzyli?… Oczywiście nie zamierzam tu niczego relatywizować, a tym bardziej porównywać postaci. Chodzi mi wyłącznie o mechanizmy rządzące psychologią tłumu. Dziś razem z odrzuceniem tego, co sowieckie, odrzuca się na Ukrainie również prawdę o UPA (nota bene, za pomocą której Sowieci doskonale rozgrywali polskie środowiska patriotyczne na Kresach). Dziś ci sami Sowieci (bo inaczej nie można ich nazwać) rozgrywają polską prawicę, rozbijając ją i kierując część patriotycznych środowisk przeciwko Ukrainie i Ukraińcom. To jest właśnie to drugie ostrze instrumentalnego traktowania historii. A świadomość faktów? Ona naprawdę jest znikoma – podobnie jak znikome jest dziś zagrożenie ludobójczym rodzajem nacjonalizmu. Jeśli jakaś forma nienawiści pojawia się w postaci stadionowych haseł, to ma taką samą wartość, co „hajlowanie” młodocianych kibiców. Z pewnością nie są oni wyrazicielami narodu, choć sprawni ideolodzy potrafią to właśnie tak pokazać.

Myślę, że naszym największym zagrożeniem jest to, że historyczne przekłamania dostrzegamy zwykle tylko po jednej stronie. A grają nimi dziś sprawnie zarówno ideolodzy ukraińscy, jak i kremlowscy. Jeśli sprowadzimy ten problem na płaszczyznę indywidualną – spróbujmy stworzyć analogię. Mamy dla przykładu do czynienia z sierotą – chłopakiem, którego ojciec był zbrodniarzem, ale syn przez lata żył obrazem wyidealizowanego ojca i nie dopuszcza do świadomości, że jego tata mógłby popełnić coś złego. Czy winilibyśmy dziecko za taką postawę?… Oczywiście zobowiązani jesteśmy do tego, by głosić jednoznaczną prawdę o ludobójstwie. Jedynym moim postulatem jest to, by nie czynić znaku równości między ideologami a całymi narodami, bo to byłoby zwycięstwem tych pierwszych. Tak na koniec dodam tylko jedno uzupełnienie. Wcale nie usprawiedliwiam historycznej polityki obecnych władz Ukrainy. Chciałem tylko naświetlić problem nieświadomej części społeczeństwa, które zostało ideologicznie zmanipulowane. Jeśli chodzi o stosunek do historii, to cieszę się, że wśród polskich polityków i historyków panuje w tej materii daleko posunięta jednomyślność. Pedagogika głoszonej prawdy powinna być jednoznaczna – ale nie histeryczna, cierpliwa – ale nie bezkrytyczna, pamiętająca – ale gotowa na wybaczenie. I myślę, że w takim właśnie duchu jest homilia, którą wygłosił ks. Isakowicz-Zaleski (nawiasem mówiąc wnuk grekokatolickiego Ukraińca) - vimeo.com/174053778 Czuje się tu Ducha, który wzywa do przebaczenia – ale tylko przez Prawdę… Powinniśmy o Wołyniu mówić w sposób odważny i jednoznaczny – nie dlatego, by podsycać narodowe emocje, ale ku przebudzeniu sumień i ku przestrodze – by uwrażliwić na zło, które czasem tak nagle i irracjonalnie potrafi zawładnąć ludzkimi umysłami.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii etyka, historia, polityka

 

Brexit – koniec eurokratów czy początek nowych granic?

24 cze

2016_06_Granica_UniiDzisiejsza wschodnia granica Unii. Beskid Wołosacki naprzeciw Tarnicy w Bieszczadach…

Mam nadzieję, że wynik dzisiejszego referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będzie zimnym prysznicem dla wszystkich unijnych ideologów o dyktatorskich zapędach, którzy w ostatnich latach próbowali łamać wszelkie podstawy suwerenności i demokracji – w imię unijnej biurokracji i wydumanej „demokracji”. Brytyjczycy podjęli wybór – opuszczają Unię bynajmniej nie z przyczyn gospodarczych – choć monstrualna machina regulacji rynku z pewnością dała im się we znaki. Przyczyną podjęcia decyzji o samodzielnej drodze nie był lęk przed imigrantami – choć dyktat Niemiec w tej sprawie mógł zadziałać jak kropla przelewająca czarę goryczy. Nie mamy tu również do czynienia z jakąś tęsknotą za brytyjską mocarstwowością, bo przecież takich zapędów pozbawione są narody Francji czy Holandii - a i tam coraz większe poparcie znajduje chęć rozpisania referendum. Myślę, że główna przyczyna nie tkwi w niechęci do budowania wspólnoty (która 12 lat temu i mnie pociągała do optowania za przystąpieniem do Unii) – problem tkwi w poważnej  chorobie, jaka w międzyczasie rozwinęła się na naszym Kontynencie, a która trawi dzisiejszą Brukselę. Obserwujemy tu klasyczne objawy raka.

Każdy starzejący się organizm jest podatny na zmiany nowotworowe – nie muszą one prowadzić do szybkiej śmierci, ale stają się równią pochyłą ku coraz większej bezwładności i postępującego chaosu, zaburzającego fizjologiczną równowagę. To samo dotyczy wielkich i zestarzałych struktur społeczno-politycznych: Babilon, Grecja, Rzym, Rosja carska… Wszystkie one uległy rozkładowi wewnętrznemu, zanim upadły zewnętrznie. Taki polityczny nowotwór zaczyna się od pychy i samozadowolenia – od domniemanej pewności, że nic już nie może nam zagrozić, że teraz możemy już tylko się bawić, żyjąc z odsetek nagromadzonego kapitału. Niepotrzebne się stają normy etyczne, skoro porządek można utrzymać siłą militarną lub ekonomiczną. Niemile widziane są też idee, za które obywatel gotów jest ginąć (chyba, że w obronie samej władzy) – bo taki człowiek staje się groźny dla zachowania zgniłego status quo. Trzeba tylko zapewnić fundusze na organizację „chleba i igrzysk” – a to może pochodzić jedynie z podatków, których pobór generuje monstrualną machinę urzędniczą. Bo każdy najmniejszy krok uzależniony się staje od decyzji urzędnika, który jest przedstawicielem władzy – i od procedur, które  zaczynają zastępować Dekalog.  W ten sposób smok zaczyna pożerać się od ogona.

Wczoraj z rosnącym zdziwieniem słuchałem wypowiedzi gorliwych zwolenników Unii, którzy wskazywali, ileż to korzyści Polska miała z wejścia w unijne struktury. Jako jedna z pierwszych wymieniona została dostępność do zachodnich rynków pracy. Czy naprawdę wyeksportowanie dwóch milionów Polaków na Zachód – ludzi na ogół młodych, często dobrych fachowców – to dla naszej Ojczyzny powód do chluby? Czy bezkrytyczne otwarcie na zachodni kapitał, który za bezcen wykupił nasz majątek narodowy, korzystając z początkowego ubezwłasnowolnienia narodu (efekt zgniłych kompromisów dokonanych pod okrągłym stołem), to również sukces Polski? Obrócenie w ruinę przemysłu górniczego, hutniczego i stoczniowego, a także przejęcie przez zachodni kapitał kontroli nad polskim handlem i bankowością – to wszystko korzyści z wejścia do Unii? Nie byłbym sprawiedliwy, gdybym nie dostrzegał, że przeciętny poziom życia uległ poprawie – ale trzeba tu podkreślić słowo „przeciętny”, mając na uwadze ogromne rozwarstwienie majątkowe w naszym społeczeństwie. A problem galopującego zadłużenia Polski? A nasza suwerenność? Coraz brutalniejsze podważanie przez unijnych biurokratów naszych, suwerennych wyborów, przejęcie naszego rynku medialnego i biurokratyczna blokada swobód gospodarczych - to tylko czubek góry lodowej. Czy takiej Unii chcieli jej założyciele?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii polityka, socjologia

 

Między paternalizmem a partnerstwem

27 maj

2016_05_Małżeństwa_Kopernok_Latocha_Czyrwik

Do połowy minionego wieku na Śląsku bezspornie panował układ patriarchalny  – i choć wśród moich przodków pojawiały się też małżeństwa o charakterze partnerskim, to zawsze był w nich jednoznaczny podział ról…

 Paternalizm kojarzony jest najczęściej (nie do końca trafnie) z patriarchalizmem, czyli z męską dominacją w stosunkach rodzinnych i społecznych – choć samo pojęcie „paternalizm” wcale nie ogranicza się do roli ojca i mężczyzny, a jego definicja odnosi się ogólnie do dominacji. Cytując za Wikipedią, paternalizm to: „ ingerencja w działanie lub ograniczenie wolności innej osoby lub grupy, motywowana ich dobrem lub koniecznością ochrony”. Pomijam tu ekonomiczny i polityczny aspekt tego terminu, ograniczając się do relacji międzyludzkich, a ściślej – małżeńskich.

Zdaję sobie sprawę, że na przestrzeni trzech ostatnich pokoleń jesteśmy świadkami radykalnych przemian w patriarchalnym postrzeganiu rodziny (zwłaszcza na Śląsku, bo w Polsce, po powstaniach i wywózkach mężczyzn, znacznie wcześniej wiodącą rolę odgrywać zaczęły kobiety). Patriarchalizm odszedł więc w znacznej mierze do przeszłości, ale czy tym samym przezwyciężona została skłonność do paternalizmu? Czy możliwe jest istnienie związku pozbawionego pokusy dominowania i w jakich sytuacjach znajduje ona szczególną pożywkę?

Obserwując dzisiejszy model wielu związków, odnoszę wrażenie, że kobiety w jakiś sposób rewanżują się za ucisk swoich babć i matek, na wielu płaszczyznach wchodząc w rolę dominantów – szczególnie gdy nie napotykają większego oporu. A gdy kobieta usiłuje zdobyć władzę nad mężczyzną, traci go w dwójnasób: 1) jego reakcją bywa często UCIECZKA FIZYCZNA (inny związek, hobby, koledzy) lub WEWNĘTRZNE WYCOFANIE (emigracja w głąb siebie, czasem połączona z pasywnym pantoflarstwem lub alkoholizmem); 2) nawet gdy uda się kobiecie podporządkować mężczyznę bez wspomnianych „efektów ubocznych”, nie zdoła już w tej relacji rozwinąć pełnego POTENCJAŁU KOBIECOŚCI – nie może więc ani ona, ani on, do końca być sobą. Jak więc wystrzegać się paternalizacji związku? Na jakich płaszczyznach można odpuścić, a o które warto zawalczyć?

 

Zimna Zośka a …koszt stałocieplności :)

16 maj

2016_05_Zimna-Zośka_Ojców

Śląscy harcerze na majowej wycieczce w 1930 (powiększcie i zobaczcie, czy nie ma tu Waszych przodków)

W ostatnich dniach „Zimna Zośka” wyraźnie potwierdziła swe istnienie. Wczoraj było 10 C, a dziś przed 7.00, mimo wschodzącego słońca, tylko 6 C. Jakiś klimatolog niedawno mówił, że to wynika z powtarzających się o tej porze mas powietrza. Ciekawe tylko skąd ta ich punktualność, że przychodzą co roku dokładnie o tej samej porze? :)

Ale ciekawi mnie też inna rzecz. Dlaczego w ogóle człowiek tak dotkliwie odczuwa zimno? Przecież mógłby, niczym płazy i gady, po prostu zwalniać swą aktywność metaboliczną i byłoby po problemie. Tak wiem – koszt stałocieplności, która daje nam ewolucyjną przewagę. Stałocieplność to jednak dość bolesny wynalazek, bo przecież nie tylko odczuwamy „ból” zimna, ale od razu atakują nas wtedy wszelkiego rodzaju infekcje.

Tak, żaba czy żmija może po prostu przeczeka zimno, budząc się przy jakimś cieplejszym dniu. Człowiek zaś stworzony jest do tego, by osobiście to ciepło wytwarzać. I to oczywiste stwierdzenie możemy już przetransponować na płaszczyznę metaforyczną. Brak ciepła na zewnątrz staje się dla nas wyzwaniem, by je samemu dawać, bo inaczej sami cierpieć będziemy – i szybko dopadną nas bakcyle. ;)

 

Miesiąc maj a duchowa dojrzałość i odpowiedzialność…

01 maj

2016_04_KomuniaPierwsza Komunia na Górnym Śląsku (Szopienice, ok. 1926 r.)

Miesiąc maj jest czasem szczególnie pięknym w naszej naturze i w polskiej kulturze - w tradycji związanej z majowymi nabożeństwami i czasem Pierwszych Komunii. Niestety nie wszędzie jest powód do radości. Niedawno w Jaśle doszło do sprofanowania Najświętszego Sakramentu przez kilku gimnazjalistów, którzy przy śmiechach wypluli Hostię, narażając ją na podeptanie. Bolesna to historia dla wszystkich, którzy widzą w tym Sakramencie realną obecność Chrystusa. Ale czy na pewno winić tu należy dzieci? Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, bo nie mam wglądu w ich sumienia. Chciałem się tylko odnieść do podjętej w takich okolicznościach praktyki religijnej ekspiacji za ów czyn.

Czy jest sens przepraszać Chrystusa za tych młodych ludzi? To przecież trochę tak, jakbyśmy się bili w nie swoje piersi. Przepraszać mogę za siebie, ewentualnie za moje dzieci – choć i wtedy robię to za siebie, że je w jakimś zakresie źle wychowałem. Przepraszanie za kogoś bywa dość dwuznaczne, bo może kryć w sobie pewną nutkę wywyższenia samego siebie lub przynajmniej odcięcia się od moralnej odpowiedzialności za wyrządzone zło. Jeśli zaś traktuję Kościół w kategoriach mistycznego ciała Chrystusa, wspólnoty duchowej, funkcjonującej ponad ziemskimi strukturami, moją intencją będzie przede wszystkim pragnienie uzdrowienia tej wspólnoty i jej jedność w Chrystusie.

Myślę, że naturalną reakcją byłaby tu raczej ekspiacja za WŁASNE winy – w tym przypadku zaniedbania względem młodzieży. Za moje lenistwo i zaniechania w zakresie dawania świadectwa. Za egoizm, który każe mi się zamykać we własnej skorupie. Ale nie za kogoś. Sam akt przebłagalny za kogoś kojarzy mi się bardziej z lękiem przed Bogiem, niż z dobrze pojmowaną bojaźnią Bożą, która sprowadzać się winna przede wszystkim do otwartości i pokory. Lęki zaś stanowią swoisty atawizm pogaństwa. Chyba, że owa ekspiacja będzie wyrazem żalu podjętego w ramach całej wspólnoty – żalu, który ma przywodzić nas do głębszej refleksji i duchowej przemiany.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Górny Śląsk, Religia, Wiara

 

Ślązacy w I wyprawie krzyżowej – między dobą krucjat a współczesnością…

25 mar

2016_03_Krucjaty_Śląsk

Przebieg I krucjaty (1996-99), w której wzięli też udział rycerze śląscy (żółto-niebieska gwiazdka)…           Collage wykonałem z rycin i fot. Wikipedia/Internet

„Krzyżowcy” Zofii Kossak, jako pierwsza część wspaniałej Trylogii, zaczynają się od Śląska. Autorka po mistrzowsku wchodzi w czasy sprzed ponad 900 lat – kreśląc nie tylko ówczesne zwyczaje i rodzinne życie, doskonale stylizując język bohaterów, ale też wnikając w ich mentalność – świat wartości, lęków, pragnień i wyobrażeń. Przez całą powieść towarzyszyć będziemy naszym śląskim rycerzom podczas pierwszej wyprawy krzyżowej, na którą trafili dość …przypadkowo. I tutaj dochodzi do prawdziwych zderzeń cywilizacji – najpierw z rycerstwem Zachodu, potem z dworem bizantyjskim, wreszcie ze światem Bliskiego Wschodu. Całą Trylogię bez wahania oceniłbym jako literaturę z najwyższej półki! Poprzez ten śląski akcent chciałbym jednak przejść do znacznie głębszej problematyki, związanej z samą istotą krucjat – ich sensem i historycznym kontekstem.

Przejawia się tu wiele uderzających podobieństw do czasów dzisiejszych. Sporo o nich mówią dwie cywilizacyjne konfrontacje, do których dochodzi w drodze do Ziemi Świętej. Zderzenie pierwsze ma miejsce, gdy śląscy rycerze, wywodzący się ze słowiańskiego kręgu kulturowego, silnie jeszcze osadzonego w pogańskich wierzeniach i prasłowiańskich wyobrażeniach, spotykają się z rycerstwem zachodnim, gdzie białogłowy cieszą się dość wysoką pozycją, a trubadurzy swymi pieśniami potrafią stworzyć rzeczywistość równoległą – wzniosłą i wyidealizowaną, co pozwala tęsknić za światem głębokiego ducha, legendarnej odwagi i doskonałej miłości… Drugie zderzenie było o wiele bardziej wstrząsające – gdy połączeni już łacinnicy (rycerze śląscy z lotaryndzkimi i normandzkimi) docierają do Bizancjum i tam stają się świadkami z jednej strony – przerażającej rozwiązłości, upadku wartości, gdzie honor i dane słowo nic już się nie liczą, odwagę wyparł spryt, a wolę walki przywiązanie do luksusów. Z drugiej zaś strony – drobiazgowy ceremonializm i cesarski absolutyzm, gdzie władza świecka zrównana została z boską i gdzie wszystko objęte zostało zawiłymi procedurami – począwszy od zbierania podatków, kończąc na etykiecie w zachowaniu.

Warto też zwróci uwagę na nasz współczesny stosunek do krzyżowców.  W powszechnych opiniach dość często spotykamy się z bardzo materialistyczną i kompletnie ahistoryczną oceną wypraw krzyżowych. Taki punkt widzenia, ugruntowany przez komunistyczną propagandę w czasach sowieckich (i współczesną ideologię lewackich środowisk zachodnich) wskazuje na kilka rzekomo głównych motywów, jakimi się kierowali obrońcy Bożego Grobu – aspekt EKONOMICZNY: 1) ekspansja terytorialna, 2) żądza zdobycia legendarnych bogactw, 3) wejście w posiadanie mitycznych przedmiotów dających władzę nad światem; aspekt POLITYCZNY: 1) zmiażdżenie odwiecznego konkurenta, który od czterech wieków rósł w siłę na Bliskim Wschodzie, 2) wykorzystanie słabości Saracenów spowodowanej presją Seldżuków; aspekt SPOŁECZNY: 1) rozładowanie narastających konfliktów wewnętrznych w Europie poprzez wskazanie zewnętrznego wroga, 2) rozwiązanie problemu dziedziczenia (najstarszy z rodu dziedziczył ziemię, pozostali bracia stanowili niemały problem społeczny – wyprawy krzyżowe, według tych interpretacji, miały go rozwiązać).

Zupełnie jednak pomijano aspekt TEOLOGICZNY. Zofia Kossak potrafiła doskonale wejść w mentalność ówczesnych ludzi, dając tym samym doskonały wyraz myślenia historycznego, interpretującego dawne dzieje przez pryzmat panujących wtedy wartości, wyobrażeń, lęków i pragnień. Potrafiła też dostrzec istotę rycerskiego etosu, nie pomijając przy tym niechlubnych kart chrześcijaństwa. Z jej Trylogii można jasno wnioskować, że ahistorycznym uproszczeniem jest przypisywanie Kościołowi przyzwolenia na dokonywanie rzezi czy nawracanie mieczem niewiernych. Każda niegodziwość miesza się tu z heroizmem i prawdziwą świętością, dzięki czemu uzyskujemy wspaniałą grę słonecznego światła z głębokim cieniem. Warto mieć świadomość, że wyprawy krzyżowe to nie tylko władanie orężem, ale przede wszystkim całe pasmo wyrzeczeń – poczynając od zostawienia całego dobytku i wyruszenie z ufnością w długą i nieznaną drogę, kończąc na wszelkich trudach i utrapieniach podróży, której towarzyszył mór, głód i skwar.

Ważnym motywem krucjat, ujętym w szerszym tle historycznym, była od strony Kościoła kontynuacja reformy gregoriańskiej. Pontyfikatowi Grzegorza VII towarzyszyła idea powrotu do dawnej żarliwości w wierze, a także do unifikacji jej wyznawania – poprzez ujednolicenie liturgii, uniezależnienie lokalnych kościołów od władzy świeckiej, postawienie akcentu na czystości i unormowanie kwestii celibatu, a przede wszystkim – co w sposób bezpośredni rozbudziło gorliwość przyszłych krzyżowców – wzmocnienie eschatologicznej wizji wśród wszystkich wiernych. To oczywiście wzmagało też poczucie lęku przed potępieniem, ale jednocześnie rozbudzało nadzieję, że pokuta, podjęta w duchu heroicznej postawy krzyżowca, może zdjąć z człowieka jarzmo ciężkich grzechów, uwalniając od niechybnego potępienia. Grzegorz VII przygotował grunt pod zasiew, Urban II zasiał – po ludzku, nie bez błędów, ale szczerze, dokonując w Kościele pierwszego wielkiego resetu, uwalniając lud i rycerstwo od doczesnych zobowiązań (długów, podległości i ziemskich sądów), ale też odsłaniając nadzieje na uwolnienie duszy od jarzma klątw, grzechów i piekielnych wizji. Jednocześnie stworzył zasiew pod swoistą jedność duchową między stanami i narodami – jedność, która po wiekach zrodziła naszą współczesną wrażliwość…

Jeśli można ówczesnemu papieżowi Urbanowi II cokolwiek zarzucić, to może jedynie pewną naiwność w idealizowaniu ducha krucjaty, infantylne podejście do kwestii zbawienia i położenie nadmiernego akcentu na materialnej schedzie chrześcijaństwa (odzyskanie grobu Chrystusa) – ale to wszystko przecież wynikało z mentalności panującej w tamtych czasach. Cały natomiast dramat wiążący się z krucjatami, dziś tak często demonizowany i widziany jako jeden z głównych grzechów Kościoła, wynikał z pewnego przesilenia dziejów i zderzenia trzech różnych kultur – łacińskiej, greckiej i saraceńskiej. Paradoksalnie jednak wyprawy krzyżowe zjednoczyły cały zachodni świat wokół Ewangelii. To prawda, że często źle pojmowanej – ale był to dopiero punkt wyjścia. Kolejne opuszczenie egipskiej niewoli w podążaniu ku Ziemi Obiecanej – i bynajmniej nie myślę tu o Jerozolimie! W którym miejscu tej wędrówki obecnie się znajdujemy? Czy na etapie szemrania i ponownego zwracania się ku egipskim bożkom? A może u samego jej kresu, kiedy zdążyły już zbieleć kości tych, których nadzieje przedwcześnie zgasły?

 
 

Między pamiątką a fetyszem…

05 mar

2016_03_Pamiątki_po_dziadkach

Moi dziadkowie i pradziadkowie – oraz nieliczne po nich pamiątki

Jaka jest różnica między pieczołowicie przechowywaną rodzinną pamiątką a bałwochwalczym fetyszem, amuletem, talizmanem? Zdawałoby się pozornie, że problem jest dość oczywisty, ale czy zawsze? Obejrzałem właśnie dość intrygujący film „Czerwone skrzypce”. Stary instrument posłużył tu za swoisty wehikuł czasu, z pomocą którego reżyser przeprowadził nas przez dramatyczne historie osób, które różnymi zawiłymi koleinami losu wchodziły w posiadanie owych skrzypiec. Przedmiot ten krył w sobie jakąś magnetyczną tajemnicę (nie będę zdradzał jaką, bo może ktoś zechce obejrzeć film) – to właśnie ta tajemnica, wraz z hipnotycznym brzmieniem instrumentu, przyciągała kolejne osoby, których dramatyczne historie odsłaniają się przed nami, niczym kalejdoskop tragedii wszego świata. Jednak z każdą kolejną sekwencją odnosiłem coraz silniejsze wrażenie, że osią całego filmu nie są ludzkie historie, lecz sam przedmiot.

W ten sposób świat ukazany w filmie zaczyna się nam jawić jako jeden wielki chaos, w którym jedynie muzyka skrzypiec staje się jakimś tęsknym wołaniem o przywrócenie utraconej harmonii. Historie ukazanych osób jawią się jednak tylko tragicznymi strzępkami losu, które za sprawą przypadku przylgnęły do tego cudownego instrumentu. Osoba staje się tu o tyle ważna, o ile jest związana z tym przedmiotem – nie odwrotnie. A przecież jeśli z pieczołowitością przechowujemy w swych szufladach jakieś rodzinne pamiątki, to stanowią one dla nas wartość wyłącznie przez wzgląd na życie bliskich nam osób. To obecność tychże osób w jakiś mistyczny sposób materializuje się w posiadanym przedmiocie – ale nie poprzez magiczną moc tej rzeczy, lecz za sprawą wspomnień i sytuacji, którym ten przedmiot towarzyszył.

Fetyszyzacja skrzypiec we wspomnianym filmie doprowadza do tego, że cała historia, zamiast splatać się w jeden ciąg kolejno nanizanych i harmonijnie ze sobą współistniejących koralików, rozsypuje się w jeden chaos. Gdyby twórca zdecydował się główną osią uczynić życie tych osób, niepotrzebna byłaby cała ta magiczna ekwilibrystyka – zbyteczne byłyby też motywy ocierające się o nekrofilię. Myślę, że sama fabuła zyskałaby wtedy na jakiejś spójności, bo można by się wtedy bardziej skupić na płynnej wędrówce instrumentu przez ludzkie pasje i zamiłowanie do muzyki, a także przez wzajemne relacje osób, jakie towarzyszyły losom instrumentu. Motyw był więc ciekawy, lecz podejście do tematu przyprawiające o zawrót i ból głowy. A jaki jest nasz stosunek do starych przedmiotów?…

 
 

Demony – personifikacje ludzkich tęsknot i uwikłań?

07 lut

2014_04_Skarbnik_Strzyga_Starzik

Śląskie stwory i starzikowe łosprawianie (miniaturki na szkle)

W śląskiej demonologii było wiele stworzeń, które na co dzień towarzyszyły człowiekowi, przejawiając się w zjawiskach natury, ale pochodząc z innego świata i karmiąc się ludzką wyobraźnią. Był król mroku – Bobok, którym straszono nas, gdy włóczyliśmy się po ćmoku (po zmroku), bo taki chętnie dzieci porywał i gdzieś po piwnicach zamykał. Była też pani światłości – Danga, która rozpinała swój wielobarwny łuk nad horyzontem, zwiastując wodę w źródłach i studniach. Na moją wyobraźnię jednak najbardziej działały trzy postacie, które można było odnieść do trzech żywiołów – ziemi, wody i powietrza. Były to kolejno: mityczny sztygar podziemi – Skarbnik, śląski wodnik, strażnik wodnej głębiny  – Utopek i starożytny żywioł wiatru – Meluzyna.

Pamiętam, że niemal każdy górnik z szacunkiem o Skarbniku się wyrażał – a rozmawiałem i z takimi, którzy z pełną powagą opowiadali o osobistym jego spotkaniu. Przejawiał ów Skarbnik dwie natury – szkodliwą i pomocną. Na ogół cichy i spokojny, był jednak skory do nagłego uderzenia, gdy górnik nie stosował się do podziemnego kodeksu. Mógł wzrok odebrać, w błocie unurzać, albo w czeluści zapomnianych chodników na zatracenie wywieść. Niektórzy mawiali, że niejedna to postać była – były takie Skarbniki, które sprzyjać miały górnikom, ratując ich z opresji, inne zaś strop nad głową załamywały, zazdrośnie podziemnych skarbów strzegąc. Ten starzec z długą, siwą brodą w powłóczystej do ziemi szacie, czasem w górniczym mundurze, zjawiał się nagle, wychodząc z węglowej ściany i w niej ponownie znikając. Często też ukazywał się w postaci myszy – dlatego tych stworzeń nie tylko nie wolno było pod ziemią krzywdzić, ale i nakarmić je należało – potem mysz taka odpłacała wzajemnością, gdy przed metanem ostrzegała, czy przed zawaleniem chodnika. Skarbnik, Śrebnikiem też zwany, często karał górników za przeklinanie, lekceważące gwizdanie i larmowanie (hałasowanie), ucząc zwłaszcza młodych należnej pokory. Ale też bywał pomocny, gdy się wagonik z węglem wykoleił, gdy woda chodnik zalała, gdy pożar na ścianie wybuchł. Mówili też niektórzy, że skarbnikami były dusze górników, co pod ziemią życie stracili – jednym Bóg pozwalał być dalej wśród górniczej braci w nagrodę, i innych skazywał na to za karę.

Meluzyna to śląski demon wiatru, kobieta pół-ryba lub jeszcze częściej pół-wąż – znana głównie z okolic Pszczyny i Rybnika. Postać zaczerpnięta jeszcze z legend przedchrześcijańskich. Związana też z rodową historią śląskich magnatów – Lusygnianów, u których pewna kobieta z takim zapamiętaniem opłakiwała swe dzieci, że się w wiatr zamieniła. (pierwszy raz się z nią zetknąłem w ”Krzyżowcach” Zofii Kossak, bo w mojej okolicy była raczej mało znana). Mówiono, że Meluzyna była dzieciobójczynią i za swój czyn tak strasznie żałowała, że chwilami w szał wpadała i jako wicher wszystko niszczyła, wodę ponad brzegi wynosząc i zatapiając domostwa. Niszczyła jednak ludzki dobytek nie ze złości, ale ku przestrodze – gdy nagromadzona materia przesłaniała relacje z drugim człowiekiem. Sama bowiem za życia była kobietą próżną, strojącą się w wystawne suknie, które szyła sobie nawet w wielkie święta – i razu pewnego, przy szyciu setnej już sukienki, porwana przez wiatr była, swe dzieci bez opieki zostawiając. Teraz błąka się po studniach i kominach, czasem z nich wychodząc i wyjąc, poszukując pokarmu dla swych godnych dziatek. Dlatego ludzie, litując się nad nią i chcąc ją obłaskawić, na parapet okruszki chleba lub garść mąki sypali. Meluzyna stała się z czasem uosobieniem wszystkich dusz czyśćcowych, dopraszających się o modlitwę.

Utopek (lub Utopiec) był demonem wodnym, zamieszkującym stawy i sadzawki – pojawiał się w postaci małego, zielonego stwora, o pomarszczonej głowie z długimi włosami i błonami pławnymi między palcami. Odziany w czerwony kubrak i kapelusz, często był znany z imienia – w moim domu dziadek straszył nas Jorgusiem, który przy wodzie czatował. Jorguś nie miał własnych dzieci, więc najchętniej bajtle (dzieci) do swego wodnego królestwa wciągał, wyrzucając na brzeg ich ciała, a dusze kryjąc w garnkach na dnie. Jeśli starego porwał, to na służbę podwodną. Utopek mógł też podmieniać dzieci – oddając w zamian dziecko złośliwe i leniwe – takie dzieci podciepami powszechnie zwano. W tym zachłannym porywaniu dzieci nie mógł się jednak nigdy zaspokoić – każda ludzka dusza tylko na chwilę dawała mu ukojenie. Można powiedzieć, że utrzymywał się przy życiu tylko dzięki ciągłemu zdobywaniu dusz – gdy tego zajęcia zaprzestawał, coraz bardziej zgłodniały karlał i w końcu znikał. Ale bywało też, że widywano Utopka pomagającego ludziom przy pracach polowych – dopiero po czasie orientowano się, kto był tym pomocnikiem, gdy niespodzianie bez zapłaty znikał.

Chwilami przychodzi mi na myśl, że wszystkie te trzy demony są w istocie personifikacjami tragicznych namiętności powiązanych z pragnieniami. Skarbnik stał się symbolem zniewalającego przywiązania do miejsca, porządku i tradycji. Meluzyna – do próżności i złości. Utopek – do zachłannego i wciąż nienasyconego pożądania. Ale też wszystkie trzy kryły w sobie jakąś głęboką tęsknotę za dobrem – każda nieco inaczej wyrażaną. Skarbnik chciał chronić górników jak dobry ojciec w niebezpieczeństwie. Meluzyna szukała zagubionych dziatek, by jak troskliwa matka je nakarmić, po drodze niszcząc wszystko, co w materialnych dobrach drugą osobę przesłaniać może. Wreszcie Utopek nie tylko przejawiał nienasyconą żądzę władania duszami, ale też czasem sam przychodził z pomocą – ofiarną i bezinteresowną. Znajdujemy w tych postaciach jakoby obraz dusz złymi skłonnościami obciążonych, jednak łaknących wyzwolenia przez czynienie dobra i dopiero po śmierci duchową metamorfozę przechodzących.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii etnologia, Górny Śląsk

 

Tam, gdzie obcość staje się powłoką swojskości…

11 sty

2016_01_Zawsze_obcy

Powieść Henryka Tomanka to dość gruba pozycja (565 stron), obejmująca dzieje Ślązaków w najtrudniejszym okresie historii 1938-1953, z rozwinięciem bogatych wątków dygresyjnych dotyczących historii Śląska – książka wciągająca nie tylko zgromadzoną tu wiedzą, ale także stworzonym klimatem i psychologią postaci…

Dawno nie czytałem tak dobrej powieści! Autorem książki „Zawsze obcy” jest Ślązak z wykształceniem inżynierskim, ale doskonale władający warsztatem literackim. Henryk Tomanek potrafi też wejść w głębsze pokłady psychologii i na każdym kroku wiązać ciekawe wątki fabuły z niesamowitym zasobem wiedzy historycznej. Jak się dowiedziałem, książkę tę nosił w sobie przez całe życie i zmarł tuż po jej wydaniu. Pozycję Tomanka porównałbym do „Najeźdźców” Dobraczyńskiego. Z kolei w tematyce śląskiej jest doskonałym uzupełnieniem „Blisko coraz bliżej” Siekierskiego, który opisał dzieje sagi należącej do warstw plebejskich, podczas gdy tutaj Autor ogniskuje się na sferach inteligenckich. Konstrukcja powieści jest zasadniczo dwuosiowa. Z jednej strony wchodzimy w problematykę Śląska widzianą oczami Hugona Rothera, przemysłowca i farmaceuty wychowanego w kulturze niemieckiej. Z drugiej zaś strony mamy polską, plebejską społeczność górnośląską, z której wywodzi się Rudolf, instruktor przedwojennego harcerstwa. Wielkim atutem książki jest jej wielowątkowość i esencjonalność – niemal każde zdanie wnosi coś ważnego. Warto odnotować niektóre z podejmowanych tu tematów:

  • Rozległa historia Śląska – nakreślona od panowania Piastów poprzez Królestwo Czeskie, Cesarstwo Austriackie, a od połowy XIX wieku czasy pruskie i ponowne wejście Śląska w skład państwowości polskiej. Cała bogata historia w jej różnych epizodach odsłania się przed nami w dialogach, opisach miast, czy nawet w drobnych przedmiotach, które stają się kluczem do rozwinięcia jakiejś dygresji.
  • Piętno wojen, które przetoczyły się przez Śląsk (m. in. wojna trzydziestoletnia 1618-1648 pomiędzy katolicką Austrią a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojny śląskie 1740-1763 między  Austrią Habsburgów a Prusami Hohenzollernów o panowanie nad Śląskiem, wojna prusko-austriacka 1866 między katolicką dynastą Habsburgów a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojna francusko-pruska 1870-71, gdy Otto von Bismarck chciał osadzić na tronie hiszpańskim pruskiego księcia Leopolda, a Francja nie chciała dopuścić do zjednoczenia państw niemieckich, w rezultacie jednak doprowadzając do ustanowienia Cesarstwa Niemieckiego).
  • Funkcjonowanie na Śląsku tajnych towarzystw i loży masońskich, opisanych tu na przykładzie środowisk aptekarzy i przemysłowców.
  • Problemy etyczno-tożsamościowe Ślązaków zmuszanych do walki po stronie III Rzeszy – dylematy między pruskim pojęciem lojalności wobec państwa, a moralnością chrześcijańską związaną z katolickim tradycjonalizmem.
  • Struktury i działalność polskiego harcerstwa i środowisk tworzących polską konspirację w czasach hitlerowskiego terroru.
  • Szeroki przekrój śląskiego świata nauki, kultury i przemysłu – wpływ wrocławskiego ośrodka akademickiego na społeczność Górnego Śląska.
  • Wpływ środowisk berlińskich na społeczne życie Górnoślązaków (np. mocne zderzenie mentalnościowe, zarysowane np. na przykładzie działalności Freikörperkultur, prekursora  nudyzmu) – nakreślenie zasadniczych różnic między kulturą polską, śląską i pruską.
  • Charakterystyka śląskiej familiarności plebejskiej, związanej z katolicyzmem i propolską orientacją, bardzo dogłębne wejście w wewnętrzne życie śląskich familoków.

Podsumowując, stoimy tutaj przed rozległą i niezwykle bogatą panoramą Śląska, z pogłębionym kontekstem historycznym i socjologicznym. Mamy też bardzo psychologicznie nakreślone sytuacje, dialogi i sylwetki bohaterów. Jednak głównym atutem jest wciągająca fabuła z rozlicznymi dygresjami, zawierającymi wiele ciekawostek historycznych. Bardzo interesującym tematem jest psychologiczna analiza narodzin nazizmu i związane z tym etyczne dylematy wśród różnych grup społeczności śląskiej. Niebagatelną rolę odgrywają tu dialogi wewnętrzne. Wśród słabych stron można by wymienić pewną nieśmiałość w posługiwaniu się gwarą śląską i zbyt nagłe, niezasygnalizowane przeskoki między wątkami. Wyraźny jest też brak objętościowej symetrii między ukazaniem polskiej i niemieckiej strony Śląska (przeważa niemiecka, co nie znaczy, że odczuwalna jest tu jakakolwiek tendencyjność – przeciwnie, Autor z wielką atencją podchodzi do polskiej kultury i historii). Generalnie więc wszelkie uchybienia zdecydowanie bledną wobec ogromnych atutów tej książki, w której realizm postaci, dbałość o szczegóły historyczne i dogłębnie nakreślone sylwetki psychologiczne oraz doskonały warsztat literacki sprawiają, że z każdą kolejną stroną czytelnik tak się delektuje jej treścią, by jak najdłużej móc trzymać tę książkę w ręce. :)

 

Śląska ucieczka od wolności?

16 gru

Ślonzoki-Niymce-i-Poloki

Ślązacy – w wojsku pruskim  (ok. 1910) i polskim (1935) – oraz Ślązaczki w tradycyjnych „chopiónkach”, czyli wiejskjich strojach, które długo jeszcze nosiły kobiety w miastach (ok. 1920 r.) – z mojego rodzinnego archiwum.

Paweł Smolorz w artykule „Ucieczka od wolności” pisze: „Przez wieki Ślązacy wykreowali w sobie uległość wobec większych i silniejszych. Tą cechę przejęli po swoich czeskich ziomkach, dla których bywał to przejaw zdrowego rozsądku. W przypadku Ślązaków, ten pragmatyzm może jednak okazać się zabójczy.”    Hmm, teza ciekawa. Osobiście jednak myślę, że to nie jest żadna „ucieczka od wolności” – bo gdyby tak miało być, Ślązakom byłoby ajnfach jedno, kto nimi rządzi. Zadałbym tu kluczowe pytanie, w jaki sposób rozciąga się ta płaszczyzna śląskości? Według mnie nie jest ona w żaden sposób analogiczna do niemieckości czy polskości. I choćby z tego powodu dystansuję się do postulatów w sprawie uznania śląskiego narodu, co według mnie groziłoby jakimś spłaszczeniem śląskiej tożsamości.

 W moim odczuciu śląskość to rodzaj mentalności, to stosunek do „Domowizny” – która w żaden sposób nie jest tożsama z Ojczyzną czy Vaterlandem. Nie jest też kategorią od nich w jakikolwiek sposób niższą. Śląskość poczucie wzajemnych więzów – niezależnie od narodowości, politycznej przynależności czy religijnego wyznania. Pamiętam, że tworzyliśmy kiedyś ze śląskimi Kamratami z całego świata „Ślónsko Krzinka” (w rozmaitych wariantach: „Ślónsko Lauba”, „Ślónskie Beranie”). Przez lata utrzymywaliśmy ze sobą wirtualną wspólnotę – niezależnie od tego, że byli wśród nas patrioci polscy i niemieccy czy też autonomiści. Byli katolicy, ewangelicy, agnostycy i ateiści. Byli komuniści i konserwatyści. Słowem byliśmy jedno – i to nie tylko za sprawą wspólnej godki czy miejsca urodzenia.

 Śląskość to po prostu swoista OAZA ponad wszelkimi podziałami – ponad walką, ponad przynależnością, ponad językiem. Dodam jeszcze, że według mnie można być Ślązakiem, nie mając śląskich korzeni – wystarczy wejść w tego osobliwego, śląskiego ducha. Piszę to świadomie, choć sam wywodzę się rodziny, która w 100% miała górnośląskie korzenie – a w chałpie godało sie po ślónsku. Jednak zawsze byliśmy uczeni szacunku do obcych. I właśnie dlatego jestem dumny z bycia Ślązakiem. Moje myśli często płyną śląskim nurtem – w ich brzmieniu, w dystansie do rzeczywistości, w tych ciągłych powrotach do śląskiej „swojskości”. A czym jest ta swojskość? Czy to tylko krupnioki i familoki? Nie! To sposób patrzenia na świat, sposób czucia, rodzaj otwartości. To specyficzna filozofia życia. Dlatego nie sprowadzajmy śląskiej kwestii do polityki, bo stracimy coś, co w niej najcenniejsze.

 

Pradawne korzenie dębu

09 gru

2015_12_Pruskie_wojsko_dąb_flaga

Gałązka dębu w rękach Ślązaka w pruskim mundurze – na rok przed wybuchem wielkiej wojny (1913)

Od niepamiętnych czasów DĄB odgrywał w naszej europejskiej, polskiej i śląskiej kulturze niebagatelną rolę, wpisując się w pradawne wierzenia, obrzędowość, magię, wreszcie w głęboko utrwaloną symbolikę. Był świętym drzewem zarówno w świecie prasłowiańskim, jak i celtyckim. Stanowił on w tych kulturach swoistą oś świata (axis mundi), która łączyła nadprzyrodzoną sferę bóstw – PRAWIĘ (korona drzewa) ze światem widzialnym – JAWIĄ (pień) i krainą zmarłych – NAWIĄ (korzeń drzewa). Takie ujęcie przenikać musiało również do świata rzymskiego – Wergiliusz w „Georgikach” tak o dębie pisał: Wierzchołkiem się w niebiosach górnych kołysze, długi zaś korzeń w głębię Tartaru wysyła. Z kolei Pliniusz Starszy dostrzegał niebagatelną rolę dębu w życiu Celtów: „Ich kapłani nie mają nic świętszego nad dąb. Żaden obrządek bez listowia dębowego obejść się u nich nie może, właśnie dlatego nazywają się z grecka druidami”(grecka nazwa dębu brzmi właśnie „drys”, od którego wielu badaczy nazwę druidów wywodzi). Celtowie od tego właśnie drzewa zaczerpnęli nawet nazwę dla swych duchowych przewodników – druidów (od greckiego słowa drys), wtajemniczonych w niewidzialną rzeczywistość.

W czasach nowożytnych dęby niechętnie sadzono przy wiejskich chałupach – prawdopodobnie z uwagi na skojarzenia z trumną i przekonanie, że drzewa te ściągają pioruny. Niemniej dąb sadzony był w otoczeniu dworów i na cmentarzach – na całym niżu i pogórzu, poniżej wysokości 500 m n.p.m. Mistyczna oś czasu, jaką pierwotnie miał wyrażać dąb, przetrwała gdzieś głęboko w ludowej świadomości, na co może wskazywać ciekawa zagadka funkcjonująca wśród ludu: „stoi dąb na polu, ma 12 konarów, na każdym 4 gniazda, w których po 7 piskląt” – odpowiedzią był ROK oczywiście. Dąb był też od wieków symbolem władzy i odwagi. Świadczy o tym utrwalenie tych skojarzeń w poezji i malarstwie – np. w obrazach: „Rycerz pod drzewem” Aleksandra Orłowskiego lub ”Władysław Łokietek” Wojciecha Gersona. W tym też właśnie kontekście posadził go na grobie wielkiego wodza Juliusz Słowacki: Nad drzwiami grobu, na granitu zrębie / Wyrasta dąbek w trójkącie z kamieni, / Posadziły go wróble lub gołębie / I listkami się czarnemi zieleni, / I słońca w ciemny grobowiec nie puszcza („Grób Agamemnona”).

Dąb jest motywem wszechobecnym na polskich cmentarzach – i również na śląskich go nie brakuje. Często wpisany jest w wieniec, tablicę nagrobną lub krzyż. Pojawia się zarówno w przedwojennej metaloplastyce, jak i w starej sztuce kamieniarskiej – na dawnych grobach polskich, niemieckich i żydowskich. Ale równie pospolity bywa w motywach współczesnych. Jako starożytny symbol osi świata, drzewo dębu tworzy często krzyż, będący osią rzeczywistości chrześcijańskiej. Według Kopalińskiego jest wyrazem drzwi do nieba, świętości, nieśmiertelności, a także triumfu – w wymiarze sepulkralnym chodzi oczywiście o zwycięstwo duchowe. Na pomnikach nawiązujących do treści patriotycznych, np. na mogiłach żołnierskich, postańczych czy policyjnych, bywa wyrazem honoru i niepodległości, walki (ognia) i pamięci – i w tym kontekście niezwykle powszechny w kompozycjach wieńcowych. W aspekcie religijnym najczęściej przedstawiony jest w postaci ulistnionej gałązki wyrastającej z uschniętego lub złamanego krzyża. Miejscami na starszych nagrobkach widujemy też żołędzie, które otaczają tablicę z nazwiskiem – żołędzie są symbolem płodności, a w odniesieniach do śmierci bywają też wyrazem trwałości rodu, jak również siły duchowej, przenoszonej z pokolenia na pokolenie.

2015_12_Dąb-cmentarz-Mysłowice

Liście dębu na starych, śląskich nagrobkach w Mysłowicach

 

 

Europocentryzm – zaślepienie czy oprzytomnienie?

18 lis

3_Kop (Lenin_1936)

 Nasi przodkowie na Śląsku nie mieli problemu, by w jednoznaczny sposób identyfikować się z kulturą europejską – duchowym i historycznym dziedzictwem zachodniej cywilizacji. Co się zmieniło przez te 2-3 pokolenia? Na zdjęciu mój Dziadek, wysłany z Szopienic (Katowice) do KOP na granicę z Sowietami, 1936 r.

 A wszystko zaczęło się od sceptycyzmu, który skądinąd stanowi wielką wartość naszej kultury. W jednym z esejów, zamieszonym w tomie „Nasza wesoła apokalipsa”, Kołakowski przytacza starożytną próbę przezwyciężenia sceptycyzmu, który w zachodniej cywilizacji stał się ważną, ale jednocześnie dość niebezpieczną i paradoksalną częścią jego kultury. Otóż sceptyk, który chciałby być konsekwentny do końca, powinien milczeć, bo wyrażając swe poglądy, przestaje być sceptykiem – oczywiście byłoby to intelektualnym samobójstwem. Ale do tego właśnie prowadzi postawa rozpędzonego uniwersalizmu kulturowego, która za równoprawne próbuje uznawać różne systemy wartości. I właśnie dlatego Kołakowski staje po stronie europocentryzmu…

Nie możemy zrezygnować z uznania naszej cywilizacji jako stojącej wyżej od innych – tylko dlatego, że rozwinął się w niej zmysł samokrytycyzmu. Podstawowym zadaniem jest panowanie nad nim w ten sposób, aby nie zapędzać się w ślepą uliczkę relatywizmu wartości. Bo kiedy mówię, że wszystkie kultury są równoprawne, to musiałbym również przyznać muzułmaninowi prawo do kamienowania bałwochwalców, wieszania homoseksualistów itd. Nasza cywilizacja nie pozwala nam krzewić zachodnich wartości siłą, jednak trzeba umieć ich bronić i konsekwentnie głosić – bez skrupułów, że naruszamy tym czyjąś „neutralność”, bo z innych stron wobec siebie tej neutralności spodziewać się nie możemy. I jeszcze cytat z Kołakowskiego – jakże dziś aktualny: „Europa znajduje się pod ciśnieniem totalitarnego barbarzyństwa, którego siła wspomagana jest wahaniami Zachodu”.

Jeśli dopuścilibyśmy utopijną wizję świata, w której nasi potomkowie mieliby za swych duchowych ojców przyjąć Mojżesza, Buddę, Jezusa i Mahometa razem wziętych – jak to niektórzy zwolennicy kulturowej homogenizacji postulują – żadnego z nich nie traktowalibyśmy poważnie i stalibyśmy się w 100% barbarzyńcami – konkluduje Kołakowski, ciągnąc dalej: „stajemy w obliczu konfrontacji wielkich sił kulturowych, które w rzeczy samej wiodą nas ku jedności – jedności barbarzyńskiej, opartej na zapomnieniu tradycji”. (W poszukiwaniu barbarzyńcy” 1980). Nie dziwmy się więc skutkom podcinania swych korzeni w obliczu islamskiego exodusu – sfera duchowa nie znosi próżni. Jeśli będziemy chować do szafy całe swe dziedzictwo – to ze wstydu, że przeżytek, to znów z dziwnie pojętej wrażliwości, by kogoś nie urazić, wkrótce staniemy się ludźmi znikąd i zmierzającymi donikąd, bez perspektyw.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii filozofia, polityka, socjologia

 

Konsekwencje imigracji i europejskiej bezczynności

15 lis

2015_11_zamachy_w_Paryżu

Emigracja różne ma oblicza: emigranci sprzed wieku w Mysłowicach na Śląsku - przed podróżą do Ameryki…

Może kogoś zdziwić moje zdanie na temat problemu imigracyjnego – zwłaszcza w obliczu wczorajszych zamachów w Paryżu, ale myślę, że największe zagrożenie na chwilę obecną nie tkwi ani w imigrantach, ani nawet w terrorystach, ale w zachodniej polityce pozbawionej przewidywania skutków. Nagłe otwarcie Berlina i Brukseli na tak ogromną masę imigrantów (w przeważającej części zarobkowych!), bez kompleksowej polityki rozwiązywania problemu u źródeł,  prowadzi do dwóch poważnych konsekwencji:

1) W całym tym tłumie gubimy z pola widzenia prawdziwych uchodźców – nie mówiąc już, że zapominamy o tych, którzy pozostali w strefie bezpośredniego zagrożenia, bo nie było ich stać na wysokie opłaty dla przemytników. Kiedy problem zaistniał, byłem pełen nadziei, że zostanie on sensownie rozwiązany – przez zorganizowane rozlokowanie rzeczywiście zagrożonych RODZIN, a nie przez chaotyczną politykę bezkrytycznego otwarcia na tłum.

2) Nawet gdyby zamachy okazały się tylko incydentalne, to i tak stajemy przed nieuchronną perspektywą gwałtownego zderzenia cywilizacji – bo przecież siłą rzeczy te setki tysięcy ludzi będzie funkcjonowało na marginesie społecznym. Przyznanie socjalnych przywilejów jest rozwiązaniem na krótką metę – potem będzie narastała frustracja i radykalizacja oraz zagrożenie odwetowym sprzężeniem zwrotnym. A zakładając potencjał demograficzny, będzie to problem rosnący w tempie geometrycznym…

Nie piszę tego bynajmniej z nastawieniem wrogości wobec imigrantów, nawet tych muzułmańskich – przeciwnie. Bardzo chciałbym im pomóc, ale w sposób MĄDRY. Z całą pewnością do mądrych rozwiązań nie należy zachęcanie do gigantycznego exodusu zarobkowego. Nie należy też do nich tworzenie gett imigranckich na terenie Europy, ani przyzwolenie na funkcjonowanie meczetów radykalizujących nastroje. Myślę, że w obecnej sytuacji nie obejdzie się bez zmasowanej i zjednoczonej interwencji lądowej, co automatycznie rozwiązałoby problem uchodźców, którzy mogliby wrócić w rodzinne strony. Na krajach Zachodu spoczywał będzie jeszcze obowiązek zatroszczenia się o dalszy los uchodźców – odbudowa ich domów i stworzenie systemu obrony. To jedyne rozwiązanie, jakie w tej sytuacji bym widział jako realne i perspektywiczne.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii polityka, socjologia

 

Sensacja czy manipulacja? Słowo o tabloidyzacji i rzetelnym dziennikarstwie…

09 lis

Dzisiaj czytam nagłówek Faktu.24 – „Abp. Gądecki: Chłopcy nie powinni po sobie sprzątać”. Raczej nie zajmuję się w tym miejscu polityką ani publicystyką, ale nie mogę przejść obojętnie, gdy stoimy przed jawnym przykładem dziennikarskiej manipulacji celem „dokopania” Kościołowi. I nie piszę tego jako bezkrytyczny obrońca duchownych, ale jako postronny człowiek, któremu zależy na rzetelności i uczciwości dziennikarskiego zawodu. Słowa biskupa zostały tu ewidentnie wyjęte z kontekstu, który przy dobrej woli jest bardzo czytelny: >Pośród wielu słusznych zaleceń, dotyczących równouprawnienia, przemyca się ideologię gender.< Dziwię się, że dziennikarze Faktu mogli to  tak prymitywnie zinterpretować.

Oczywiście mamy tu do czynienia ze słowem mówionym, trzeba więc wziąć poprawkę na pewną jego żywiołowość, ale chyba tylko przy złej intencji można zarzucić, że biskup tutaj przeciwny sprzątaniu czy prawu wszystkich ludzi do szczęścia. Sięgnijmy więc do źródła tej wypowiedzi: „Niektórym rodzicom podoba się uczenie chłopców, że winni po sobie sprzątać, a nie czekać, aż zrobią to za nich dziewczynki. Pociągające jest również hasło, że wszyscy ludzie są sobie równi i mają prawo do szczęścia. Lecz jednocześnie rodzice często nie uświadamiają sobie tego, że w imię przezwyciężania stereotypów uwarunkowanych kulturowo ukazuje się przy okazji różne modele partnerskie jednopłciowe jako równoważne rodzinie.”

Kluczem do odczytania właściwej intencji są zaledwie dwa słowa: „przy okazji”. Gdyby ich nie było, można by się zastanawiać, czy rzeczywiście Faktowi nie przyznać racji. Przykre jest to, że tak wielu dziennikarzy, których zadaniem powinno być rzetelne relacjonowanie czyjegoś stanowiska, staje się ideologami, wypatrującymi, jak tu zastawić na kogoś sidła i pochwycić go na słowie, nawet kosztem pominięcia słowa kluczowego… Warto więc czasem sięgnąć do źródła całego wywiadu, zanim ulegniemy manipulacyjnej tabloidyzacji. Poniżej oskarżający artykuł z Faktu i pełna wypowiedź biskupa Gądeckiego.

http://www.fakt.pl/polityka/abp-gadecki-chlopcy-nie-powinni-po-sobie-sprzatac,artykuly,493800.html

http://www.naszdziennik.pl/wiara-kosciol-w-polsce/101425,polska-rodzina-cierpi-od-lat.html

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii polityka, Religia

 

Czy powstanie Komisji Edukacji Narodowej to dobry powód do świętowania?

13 paź

WYCHOWANIE

Wychowanie i kształcenie na Górnym Śląsku zawsze miało miejsce przede wszystkim w rodzinie – tu obok potrzebnej wiedzy młody człowiek uczył się szacunku do nienaruszalnych wartości… Zdjęcia ze zbiorów rodzinnych – wykonane ok. 100 lat temu.

Dzień Nauczyciela – i jak zwykle w mediach wiele się znowu mówi o rocznicy powstania Komisji Edukacji Narodowej. Czy jednak to dobra okazja do świętowania? Nie będę się zatrzymywał nad stanem szkolnictwa, bo ten  wszystkim jest dobrze znany. Warto jednak choć przez chwilę pochylić się nad samą datą, którą mamy świętować, a która powinna się nam kojarzyć raczej z demontażem dobrze funkcjonującej oświaty, niż z jej reformą… W 1773 r.  decyzją papieża, pod naciskiem burbońskich dworów, rozwiązany zostaje zakon jezuitów – główny filar ówczesnego szkolnictwa. W Polsce zbiega się to z ukonstytuowaniem KEN – powołanej przez Sejm Rozbiorowy na wniosek serwilistycznego wobec Rosji króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, z oficjalnym zatwierdzeniem przez rosyjskiego ambasadora. W rok po I rozbiorze dokonuje się coś, co do dziś budzi w nas nieuzasadniony szacunek i entuzjazm, a co w istocie staje się początkiem końca naszej niepodległości.

Nie twierdzę, że w Komisji nie zasiedli autentyczni patrioci i że nie mieli szczerych intencji. Bardzo szybko jednak stracili oni swe wpływy – jak też cała Komisja okazała się organem fasadowym. Warto się zastanowić, czym była motywowana kasata zakonu jezuitów w zaborze rosyjskim? Czy tylko potrzebą laicyzacji? Usprawnieniem i rozszerzeniem oświatowej oferty? Powszechną dostępnością ludu do szkolnictwa? Myślę, że wszystko to narosłe mity. Przecież system kształcenia przez jezuitów miał wówczas najwyższy poziom – z tym zgadzają się nawet dzisiejsi antyklerykałowie, jeśli tylko znają historię. Akt ten był wymierzony w Kościół katolicki, który stanowił wówczas największą ostoję patriotycznego obozu (to właśnie dlatego w rosyjskim prawie przestępstwem było nawracanie na katolicyzm). Trudno też mówić o jakimś radykalnym ograniczaniu nauczania do wybranych grup społecznych – owszem, dostęp utrudniały warunki finansowe, ale i po odsunięciu jezuitów nic się w tym zakresie nie zmieniło. Co więc było faktycznym powodem tej oświatowej rewolucji?

Wystarczy zajrzeć do historycznych zapisków Joachima Lelewela, który pisał o gigantycznym niszczeniu księgozbiorów w tamtym czasie. To daje wiele do myślenia, o co w istocie chodziło – o wykorzenienie tradycji, zniszczenie dotychczasowej tkanki duchowej, na której opierał się cały system nauczania, ba – cały dotychczasowy porządek Rzeczpospolitej. Demoniczna destrukcja, która w kilkanaście lat później spustoszyła Francję pod postacią rewolucji francuskiej (terroru i ludobójstwa, z niezrozumiałych względów gloryfikowanego po dziś dzień), poraziła i polską ziemię – nie miała tu krwawego finału, ale walnie przyczyniła się do naszej niewoli. Wielu Polaków szczyci się dziś, że KEN była pierwszym „ministerstwem oświaty” w Europie. Czy jednak działała w interesie Polski?  Na pewno była aktem rewolucyjnym – jeśli uznać, że rewolucja zawsze bije na oślep, więcej niszcząc, niż budując. Czy warto więc tamto wydarzenie świętować? To już niech każdy rozważy we własnym sumieniu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii historia, patriotyzm

 

Rozpędzona machina legislacji

06 paź

2015-10-magielKto dziś jeszcze pamięta takie magle? Koło zamachowe rozkręcało się powoli, ale jak już ruszyło, to trzeba było kręcić bez ustanku i uważać, żeby korbą nie oberwać…

Polskie prawo działa jak rozpędzona, piekielna machina – powstaje w zawrotnym tempie i nikt już chyba nad nim nie panuje. Statystyki odnotowują dwa gigantyczne szczyty w intensywności powstawania prawnych zapisów – jeden towarzyszył transformacji w latach 90-tych (to całkiem zrozumiałe), drugi pokrywa się z ostatnim okresem rządów PO-PSL (to już mocno zastanawiające). Tempo tworzenia nowej legislacji, jak również zjawisko powstawania coraz większych zawiłości prawnych, sprawia, że już nawet wyspecjalizowani prawnicy nie są w stanie wszystkiego ogarnąć – stąd tyle sprzecznych interpretacji i kasacji wyroków. Procesy ciągną się w nieskończoność, a w wielu sprawach następuje legislacyjny pat. Nietrudno się domyślić, że w takiej sytuacji skuteczność obrony coraz bardziej zależy od finansowej zdolności inwestowania w dobrych adwokatów, a coraz mniej ma wspólnego ze społecznym poczuciem sprawiedliwości. Małe firmy wypadają z gry, bo nie stać je na korzystanie z poradnictwa kancelarii prawnych. I to jest właśnie jedno z głównych źródeł wyniszczania klasy średniej.

A co ze zwykłymi, niezamożnymi obywatelami? Nieznajomość prawa wciąż przecież nie zwalnia ich od prawnej odpowiedzialności. Zapytam więc, czy jest ktoś, kto bez kancelarii prawnej orientuje się dziś w szczegółach, co jest prawnie dozwolone, a co zakazane? Kto więc na tym zyskuje? Odpowiedź jest prosta. Nad społeczeństwem złożonym z obywateli zastraszonych i zagubionych w zawiłych paragrafach łatwiej sprawować władzę. Każdy w jakiejś tam sprawie czuje nad sobą miecz Damoklesa, który nieoczekiwanie może spaść na głowę. Brak przejrzystości prawa i jego niestabilność prowadzi do wyniszczania drobnej konkurencji z rynku zawłaszczonego przez gigantów i cwaniaków. A przecież mamy tu do czynienia nie tylko z zawrotnym tempem tworzenia nowych ustaw i rozporządzeń, czy z koszmarną zawiłością litery prawa. Równie bolesna jest kwestia niespójności prawnych zapisów i dowolnej ich interpretacji. Towarzyszy mi coraz silniejsze wrażenie, że wszyscy musimy pływać w niezwykle mętnej (celowo mąconej?) wodzie – a wiadomo, że w takim środowisku doskonale funkcjonują tylko wielkie drapieżniki i różnej maści pasożyty!

Jaki stąd wniosek? Jeśli w końcu nie znajdzie się ktoś, kto przerwie ten obłąkańczy taniec Temidy, wyrzucając całe prawo do kosza i pisząc nowe, będziemy coraz szybciej staczać się ku totalnemu chaosowi i kryzysowi państwa. Jedyną szansą jest dla nas prawo czytelne dla wszystkich, jednoznaczne, pozbawione nadmiernych regulacji. To nie tylko otworzyłoby drogę do społeczeństwa obywatelskiego, ale także pobudziłoby szeroką strefę drobnej inicjatywy, ożywiając tym samym polską gospodarkę i redukując bezrobocie. Oczywiście wiązałoby się to z koniecznością arbitralnego rozstrzygania kwestii spornych, skoro wszystkiego nie można uregulować paragrafem – ale tu właśnie widziałbym rolę szybko i sprawnie funkcjonujących sądów, które również byłyby wybierane kadencyjnie i z wszelkich nieprawości rozliczane personalnie. Bo litera nigdy nie zastąpi żywego człowieka, a paragraf – poczucia sprawiedliwości.

 

Pierwszy dzień jesieni – mistyczna brama do sensu przemijania

23 wrz

Liście-Beniowa

Brama między światem żywych i umarłych – wejście na stary cmentarz z lipą w kształcie mistycznych drzwi – Beniowa, Bieszczady (po bokach liście miejscowych jaworów i lip)

Dziś, wchodząc w kalendarzową jesień, natknąłem się na taki oto cytat: „Uwielbiam jesień. Za grzane wino, gorącą czekoladę, pachnący cynamonem dom. Za ciepłe koce i zaparowane okna. Za mgłę, która wita mnie rano. Za świeczki, rozpalane nocą. Ale jesień to też smutek i rozpacz. ” [Johann Wolfgang von Goethe]

Przyznam za poetą, że ja również uwielbiam jesień – choć nie za rozpacz wcale, ale za ten dobry smutek, jaki ze sobą niesie. Za bajeczne kolory, którymi ożywia duszę. Za wyciszenie, które w kojącym rytmie wlewa do serca kroplami deszczu. Za upojne kadzidła suszonych i palonych liści. Za przypomnienie, że zostaliśmy zanurzeni w świecie przemijania – ale nie ku niemu winniśmy kierować swoje pragnienia…

Może właśnie dlatego tak ważny jest ten jesienny smutek, jakże oczyszczający i uwalniający od trosk, które są ulotne jak te jesienne liście – dziś jeszcze są, jutro już w pył się obrócą. I zdawałoby się, że nic po nich nie zostanie. A jednak to wytworzone przez liście soki stanowią treść nadziei, która na wiosnę eksploduje nową zielenią. To one, te kruche liście, użyźnią grunt pod drzewami, pozwalając rozwinąć się letnim kwiatom i wszystkim innym roślinom. To właśnie zapach tych suchych już liści pozostawia w człowieku najgłębsze wspomnienia, przesycone nostalgią i pragnieniem za czymś, co prawdziwie trwałe. Czyż to nie piękny i czytelny obraz sensu wszelkiej przemijalności?

 

Siła i źródło powściągliwości – czyli o małym cudzie nad Przemszą

27 sie

Jan_Maria_Czyrwik_rodzina

Mały cud nad Przemszą wydarzył się w tej wielodzietnej rodzinie, dokładnie sto lat temu…

Wielką sztuką jest w dzisiejszych czasach umiejętność zachowania powściągliwości w słowie. Powściągliwości, która nie wypływa z dumy, nie stanowi elementu pogardy, nie jest też przejawem bezwzględnego i egocentrycznego zatrzaśnięcia się na drugiego człowieka. Powściągliwości, która jest wolna od narzekania, obmowy, złości, uszczypliwości, cynizmu i obojętności. To zrozumiałe, że wszystkie te reakcje kształtują się często w sposób odruchowy – jako obrona przed takim samym traktowaniem ze strony innych. Ale czy tędy droga? Czy to daje nam wewnętrzny pokój i czy może być konstruktywne dla zewnętrznych relacji?

Zastanawiam się jednak, czy w ogóle powinienem tu mówić o „sztuce” powściągliwości? Bo przecież sztukę w tym rozumieniu często pojmujemy jako nabytą umiejętność, która wymaga żmudnego szlifowania i jest połączeniem talentu z warsztatem. Może więc bardziej uzasadnione byłoby tu zwrócenie się ku źródłu powściągliwości i mówienie o tej cnocie jako pochodnej czegoś głębszego? Wewnętrzne wyciszenie i zasłuchanie, uwolnienie od lęków i oczekiwań, od zmysłowości, zranień i całego zgiełku tego świata – myślę, że z tego powinna płynąć powściągliwość, jeśli ma być trwała i autentyczna.

Podobnie jest z chęcią panowania nad światem – realizowaną nie tylko w dążeniu do władzy formalnej, ale także w przyjmowaniu mentorskiego tonu, w próbie pouczania innych. Tu również warto dbać o powściągliwość w słowie, bo jeden dobry przykład bywa skuteczniejszy niż sto pouczeń. Dobrą ilustracją z życia jest przekazana mi opowieść o moim pradziadku, który notorycznie pił, a jego żona cierpliwie to znosiła, przejmując na siebie cały ciężar życia. Kiedy pewnego razu, będąc w ciąży, wracała ze wsi obładowana workami kartofli, pradziadek doznał głębokiego wstrząsu. Przysiągł wtedy, że z tym skończy. Każdy kpiłby z takiej przysięgi pijaka, ale nie moja prababcia. To był prawdziwy cud, bo zapowiedź swą spełnił. Myślę, że właśnie tutaj można znaleźć całą siłę powściągliwości, bo czy gdyby jego żona kpiła z niego i wyzywała, byłby ten cud możliwy?

 

Skąd ta lawina nienawiści?… Czyli wspólny mianownik kilku dat: 11 LIPCA -1943-1945-1995

11 lip

2015_07_Wołyń-Śląsk

Wypędzani i mordowani – na Śląsku (1945 – po lewej) i na Wołyniu (1943 – po prawej)

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie chodzi mi o porównywanie ze sobą różnych form ludobójstwa – bo nie da się ich zmierzyć ani liczbami, ani ogromem ludzkiego cierpienia. Chodzi mi raczej o refleksję nad istotą tych kilku tragedii, które połączyła jedna data… Ponieważ piszę na śląskim blogu, zacznę od tzw. tragedii górnośląskiej. Zarządzeniem wojewody śląsko-dąbrowskiego z 11 lipca 1945 roku powołano gminne, miejskie i powiatowe komisje do weryfikacji Ślązaków pod kątem narodowości. Tysiące z nich trafiło do wyniszczających obozów pracy, przejętych od nazistów przez nowych oprawców – tym razem stalinowskich. Przy okazji warto nadmienić, że czasem stosuje się tu kłamliwą nazwę „polskich obozów” – trzeba to jednoznacznie podkreślić, że obozy były SOWIECKIE, bo przecież Polska znajdowała się pod nową okupacją, czego alianci w imię jak najszybszego zakończenia wojny starali się oficjalnie nie dostrzegać. Ślązaków traktowano jako niewolniczą siłę roboczą, kierowaną do sowieckich kopalń – m. in. na Donbas i Ural. Wywózki górników rozpoczęły się już na początku lutego 1945 r. Szacuje się, że w głąb ZSRR wywieziono 150-200 tysięcy Ślązaków – wielu już stamtąd nie wróciło, inni ginęli w obozach na terenie okupowanej Polski.

Zachodnie media dużo uwagi poświęcają dziś 20 rocznicy ludobójstwa Serbów na 8 000 bośniackich muzułmanach – wymordowano wówczas mężczyzn i chłopców zdolnych do walki, a kobiety i dzieci wywieziono z miasta (wszystko na oczach holenderskich żołnierzy z ONZ, którzy nie tylko nie interweniowali, ale wręcz nakazali Bośniakom opuścić swoją bazę). Ta sama data, 11 lipca, kojarzy się Polakom z tzw. krwawą niedzielą 1943, kiedy to jednego dnia ukraińscy nacjonaliści wymordowali 11 000 Polaków – nie oszczędzając przy tym kobiet i dzieci (w całej akcji ludobójczej liczba ofiar była 5-krotnie wyższa). Wybrana została niedziela, bo łatwiej było wtedy znaleźć wszystkich w jednym miejscu – w kościele. Co sprawia, że człowiek w tak krótkim czasie może się wyzbyć wszelkich oporów moralnych? Trudno tu mówić o jakichkolwiek „racjach wyższych”, bo przecież niejednokrotnie sąsiad mordował wtedy sąsiada…

Nie chciałbym tu stosować zbiorowej odpowiedzialności, przypisując tę okrutną zbrodnię całemu narodowi ukraińskiemu. Mam jednak żal do obecnej władzy na Ukrainie, że oddaje cześć zbrodniarzom, zakłamując historię i nie wyciągając z niej żadnej nauki. Gloryfikacji morderców dokonano nawet mocą specjalnej ustawy. Przyznam, że od tego momentu zdystansowałem się do emocjonalnego angażowania się w ten konflikt, choć nadal widzę, kto tu jest agresorem… Wczoraj czytałem reportaż z ukraińskiego frontu – pisany chyba dość obiektywnie, bo pokazujący Ukraińców od dobrej strony, ale też nie ukrywający zjawisk niepokojących, do których należy podkręcona spirala nienawiści wobec Rosjan. Dziennikarz obracał się w kręgach nacjonalistów jakiegoś samozwańczego i niezależnego oddziału, więc zapewne sytuacja w regularnej armii jest zupełnie inna. Jednak niepokoi fakt, że takie oddziały, często obnoszące się z nazistowskimi insygniami, są przez Kijów tolerowane. Czy naprawdę nie potrafimy uczyć się na historii?…

 

Nauka odarta z tajemnicy – czyli wątroba Prometeusza

21 cze

2015_06_studia_biologiczneDawno temu na Śląsku: moje studenckie relacje z przedmiotem poznania –  bliskie spotkanie z rzekotką :) i badanie roślinności hałd; w środku - przed starym budynkiem Alma Mater, Wydział Biologii UŚ

Wziąłem dziś do ręki archiwalny numer „Znaku” z sierpnia 1983 roku, w którym natknąłem się na artykuł Stanisława Grygiela pt. „Przeciwko stechnologizowanej nauce”. Autor pisze tu – cytuję: „Dotknięci przez tajemnicę danego bytu, odkrywamy jego sens. Myśleć w obrębie tego sensu znaczy myśleć oryginalnie – nie w znaczeniu wypowiadania myśli przez nikogo dotąd nie wypowiedzianych, lecz w znaczeniu uczestniczenia w origo rzeczy.” Przyznam, że artykuł ten odebrałem jako balsam na serce – wielokrotnie czułem w sobie ten ziąb obcości, jaki często bije od współczesnego uprawiania nauki, w której mechanizmy i metody organizują jej etos, a nie odwrotnie - jak to pierwej bywało.

W wyniku XIX-wiecznego empiryzmu i XX-wiecznego scjentyzmu, opartego wyłącznie na doświadczeniu i szczegółowej metodologii, a odrzucającego osobistą relację do przedmiotu poznania, skutecznie wyrugowano poczucie zdziwienia, kontemplacji, indywidualnego zaangażowania. Grygiel pisze: „Woda, kwiat, a nawet człowiek nie są już wodą, kwiatem i człowiekiem, ale tym, co na ich temat mówią nasze hipotezy i teorie.” Giuseppe Sermonti w „L`anima scientifica” pisał, że w ten sposób nauka wydziera rzeczy z ich tajemnicy - używając nawet określenia, że tym samym dochodzi do swoistego „gwałtu” na przedmiocie poznania. Badany kamień, roślina, zwierzę zostają odarte ze swojej indywidualnej tożsamości i tajemnicy. Przedmiot badań zostaje wepchnięty w przestrzeń bezdusznych statystyk, równań i funkcji.

Pamiętam z czasów studenckich, jak bardzo raziła mnie sama stylistyka prac naukowych, w których autorzy przedstawiali swoje tezy wyłącznie w trzeciej osobie, np. „autor zmierzył i policzył… autor wyciągnął wnioski…” Użycie pierwszej osoby wydawało się mało obiektywne. Widać w świecie nauki przeważała opinia, że bezpośrednie wyrażenie swego zdania byłoby nacechowane zbytnią subiektywnością – i tym samym podejrzane o nierzetelność. A przecież to właśnie „podmiot obiektywny” w egzystencjalnym wymiarze jest iluzją. Próbę zawłaszczenia prawdy przez podejście scjentyczne Sermonti porównał do wykradnięcia ognia przez Premeteusza. Wydarcie z bytu sacrum i odrzucenie jego tajemnicy, m. in. poprzez zanegowanie osobistej relacji, skazuje człowieka na nieustanną agonię – na wyrywanie wnętrzności, w których kryje się moja niepowtarzalna relacja do tego, co mnie otacza.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Aksjologia, filozofia, Nauka

 

W obliczu choroby i fizycznego odcięcia – czyli życie wewnętrznych światów

06 cze

2015_06_SZPITAL_Śląsk_KarolaDłubis

Szpital na Śląsku (okręg katowicki) – nie znam dokładnej historii tego zdjęcia, wiem tylko, że wykonane zostało w latach 20-tych i jest na nim siostra mojej Prababci – Karola Dłubis (jako pielęgniarka)

Czy życie człowieka przykutego do wózka lub łóżka – a tym bardziej szczelnie zamkniętego w swym wewnętrznym świecie – np. poprzez odcięcie zmysłów i możliwości komunikacyjnych, może być pełne? Jako osoba pełnosprawna nie mam należytego wglądu w to zagadnienie, a jednak obejrzany niedawno film „Chce się żyć” (2013) skłania mnie do postawienia podstawowego pytania: gdzie w istocie jest ta właściwa scena naszego życia – w zewnętrznych relacjach ze światem, czy też w głębi naszych myśli i emocji? I następne pytanie: czym jest świat zewnętrzny – realnym bytem, czy tylko scenografią, rekwizytornią, albo nawet swoistą przestrzenią interfejsu między monadami bytów wewnętrznych?

Wspomniany film śląskiego reżysera, Macieja Pieprzycy, w doskonały sposób oddaje problem zamknięcia całkowicie świadomej osoby w kapsule sparaliżowanego ciała. Porażenie mózgowe często daje pozorne efekty nieświadomości – i tak traktowano bohatera filmu, Mateusza, z którym nawiązano kontakt dopiero w 26. roku jego życia! Wcześniej żył w absolutnej samotności, traktowany jak „roślinka” nawet przez własną matkę. Piękny i mądry film utrzymany w formie paradokumentu (nie wiem, dlaczego krytycy zaklasyfikowali go do gatunku komediodramat?), ożywionego wewnętrznym dialogiem bohatera. Szkoda, że TVP nie inwestuje w takie właśnie produkcje, zalewając nasz ekran badziewiem, zaś głębsze pozycje spychając na margines czasu nocnego.

Miewałem kontakt z osobami porażonymi, które nie były nawet zdolne do samodzielnego gestu, nie mówiąc już o komunikacji werbalnej. Jednak gdy wzięło się dłoń takiego chłopaka i przeciągnęło palcami po strunach gitary, widać było wyraźną odmianę na twarzy i emocjonalne poruszenie. Odczuwalne jest w tych osobach jakieś wyczekiwanie każdego drobnego bodźca ze strony osób otaczających, choć wydawać by się mogło, że każda próba nawiązywania kontaktu jest pozbawiona sensu.  Całą aktywność zewnętrzną przejmuje więc na siebie osoba sprawna, ale już samo przeżywanie relacji jest w pełni obustronne. Coraz więcej mówi się także o swoistej świadomości osób przebywających w śpiączce. Czym więc jest życie – czy zewnętrzna aktywność i komunikatywność jest jego nieodzownym warunkiem?…

 

Między religijnością a duchowością

02 maj

2015_04_Kobieta_a_religia_na_Śląsku

Religijność to nieodłączny element życia Ślązaków: za młodu – dziewczyna z tradycyjnym krzyżykiem (siostry Dłubis – Jazd, Dziećkowice), kobieta w wieku dojrzałym – z krzyżykiem i modlitewnikiem (Barbara Latocha – Bieruń Stary), w trumnie – z modlitewnikiem i różańcem (Rozalia Kopernok z d. Śmietana – z mężem Stanisławem Kopernokiem, Szopienice)

Czy homo religiosus żyje w nas niezależnie od wiary, czy też w jakiś sposób z tą wiarą współpracuje? A może jest zupełnie przeciwną stroną naszej duchowości, potrzebną do utrzymywania trwałego napięcia między tym co formalne i duchowe? Ks. Józef Tischner powiedział kiedyś w wywiadzie z Dorotą Zańko i Jarosławem Gowinem (cykl pt. „Przekonać Pana Boga”), że człowiek jest jak instrument. Nie każdy ma te struny, na których gra się religię. Spotykałem tzw. ateistów, którzy mieli dusze bardzo religijne. Ale spotkałem też katolików, bardzo uczciwych, a przecież absolutnie niewrażliwych na wymiar religijny. No właśnie – czy ten rodzaj niewrażliwości możemy nazywać niewiarą?

W innym miejscu Tischner znów sięga do terminologii muzycznej: Zdolność do miłości jest struną, na której każdy człowiek wygrywa swoją religię. Na pytanie, czy to jest postawa wystarczająca na drodze wiary, odpowiedział z ujmującą prostotą: Tego nie wiem, ale nie wykluczone, że Panu Bogu to wystarcza.  W końcu On nie potrzebuje kadzideł. Słowa dość odważne w ustach księdza, ale zanim ktoś je pochopnie oceni, warto się nad nimi głębiej pochylić. Czyż sumienie nie podpowiada nam czasem, że dobro i heroizm, do którego zdolni są ludzie z pozoru niewierzący, stanowi rodzaj szczególnego świadectwa wiary? Bo jeśli ktoś ofiaruje swój czas, siły, zdrowie i życie dla drugiego, choć nie widzi dla siebie nagrody na horyzoncie swego kresu – to czy taki człowiek mógłby być przez Boga opuszczony?

Znalazłem też trzecią „muzyczną” metaforę w tym temacie – tym razem Tischner rozważa problem od drugiej strony, przestrzegając przed nadmiernie rozbudowanym światem religijności pozbawionej refleksji i ufności:Trzeba uważać, bo muzyka wiary jest bogata. Aby mogła rozbrzmiewać potrzebna jest cisza. Człowiek nie powinien wprawiać się w stan swoistego ferworu religijnego, bo wtedy sam sobie szkodzi. A szkoda polega na zamazywaniu różnicy między wiarą a pozorem wiary. I tutaj świadom jestem kontrowersji, jaką budzić mogą te słowa, które tylko z pozoru przeciwstawiają wiarę postawie religijnej. W moim odczuciu chodzi raczej o pewną równowagę między Prawem (wiarą społeczności) a Duchem (wiarą indywidualności). Bo religijność znajduje uzasadnienie tylko w Duchu. Z kolei w wymiarze egzystencjalnym Duch często mówi do człowieka przez Tradycję, którą należy rozumieć jako duchową schedę wielu pokoleń.

 
 

Launa na gymbie, eli nastroje we dwoje :)

14 kwi

Terozki cosik dlo szpasu – kiejbyście sam poradzili przetuplikować launa na kożdyj gymbie, szkryflejcie w komyntorzach jak to bydzie po ślónsku – dejcie znać choby po jednym łobrozku. Dlo przikładu: smutny – stropiony… Można tyż sam oblyc to w jakiesik dugsze okryślynia… No jak, popróbujymy? :)

Gymby_rys_Beszad

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Godka, Górny Śląsk, Humor

 

Rośliny na przednówku niegdyś zbierane…

17 mar

2015_03_zioła-w-kuchni

Bluszczyk kurdybanek (po lewej) i jasnota biała (po prawej) – dzikie zioła w dawnej kuchni śląskiej…

Kiedy mieszkałem na Śląsku, dzikie rośliny nie miały dla mnie znaczenia kulinarnego z uwagi na skażenie. Warto jednak wiedzieć, że wiele powszechnie spotykanych roślin – od Śląska aż po Bieszczady (które obecnie zamieszkuję) miało zastosowanie w kuchni naszych przodków. Szczególnie na przedwiośnie, kiedy kończyły się zimowe zapasy.  Ludzie musieli więc wiedzieć, gdzie na przednówku szukać roślin, któe stanowiły ważne uzupełnienie kuchni.

Wśród najpopularniejszych dzikich nowalijek zastępujących szpinak można wymienić wschodzące pędy komosy, łobody i pokrzywy. W powszechnym użyciu były liście i pąki mniszka oraz knieci (kaczeńców), które po przekwitnięciu stają się trujące. Często zaparzano je, odlewając pierwszą wodę – blanszowanie pozwalało też usuwać substancje potencjalnie szkodliwe. Jako sałatkowy dodatek doskonale nadawały się listki bluszczyku kurdybanka lub całe pędy rzeżuchy gorzkiej i łąkowej.

Powodzeniem cieszyło się spuszczanie słodkiego soku z brzozy, wiśni i klonu. W przypadku wielkiego niedoboru pożywienia cięto na paski łyko wiązu, lipy i topoli, mieląc i gotując jako bogatą w węglowodany bazę posiłku. Popularne były rośliny nadające się do wiosennych herbatek, które były dobre w smaku i działały leczniczo na wiele dolegliwości. W tym celu na nieżyty górnych dróg oddechowych zaparzano pędy jasnoty białej, liście podbiału, czy kwiaty pierwiosnki. Kwiaty tarniny miały zastosowanie w leczeniu przewlekłych zakażeń dróg moczowych. A wywar z liści przytulinki krzyżowej używany był przy niedrożności żołądka i jelit oraz dla pobudzenia apetytu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii historia, Rodzina

 

Między niebiesko-żółtym, a żółto-niebieskim

16 lut

Slonsk_Ukraina

Mimo zawartego rozejmu, znów na Ukrainie giną dziś ludzie – zaciska się pierścień wokół Debalcewa – kilka tysięcy ukraińskich żołnierzy może już być na dobre odciętych od swojego zaplecza. Kiedy tak patrzę na te bratobójcze walki, po obu stronach widzę takich samych chłopców, mówiących prawie tym samym językiem, śniących te same marzenia, wspominających ten sam świat dzieciństwa. I siłą rzeczy nasuwa mi się pytanie, w imię czego to wszystko? W imię rozbuchanego ego kilku szaleńców? W imię leczenia kompleksów po sowieckim imperium? A może w imię marzeń o wielkiej Ukrainie, nawiązującej do mitu Stefana Bandery? Nie chcę tu relatywizować zła: ludobójstwo zawsze pozostanie kainową zbrodnią, a najechanie suwerennego państwa – godną potępienia agresją. Chodzi mi tu jednak o coś zupełnie innego – o próbę spojrzenia na tą wojnę z jeszcze większego dystansu.

W emocjach dajemy się często przeciągać na dwie strony okopów – dawnego „banderyzmu” lub nowej odsłony „sowietyzmu”. I choć nie wierzę ani w powszechność „banderowskiego faszyzmu” Ukraińców, ani w „neo-sowiecki bandytyzm” wszystkich Rosjan, to jednak ktoś tych chłopców posyła na front. Giną więc ludzie po obu stronach – rozpaleni ideą walki żołnierze i niezaangażowani cywile, którzy marzą o pokoju. Giną z jednej strony za integralność i wolność Ukrainy, z drugiej – za skradzione marzenia o wielkomocarstwowej Rosji. Motywowani poczuciem rażącej krzywdy i niesprawiedliwości, albo rozbudzonego resentymentu imperialno-narodowej dumy. Jednak dla większości uwikłanych w tę wojnę chyba jest już wszystko jedno, czy będą żyli pod dwugłowym orłem czy trójzębnym godłem ukraińskim, pod flagą trójbarwną czy dwubarwną…

Różnica w językach po obu stronach chyba nie jest większa od różnicy między mową polską i śląską. Przyszło mi teraz na myśl, że gdyby tak znalazł się jakiś szaleniec, któremu by się marzyło siłą oderwać Śląsk od Polski, mógłby nam urządzić podobny kocioł. Całe szczęście śląska natura przez wieki stała się odporna wobec różnej maści ideologów. Bo śląski patriotyzm ma w sobie szczególną specyfikę – daleko mu do politycznych manifestów i porywania się na bagnety. Tutaj walka toczy się głęboko pod skorupą wyschniętej, śląskiej ziemi – przódy w samyj chałpie, kaj starka ciyrpliwie tuplikuje bajtlom, co je w życiu nojważniyjsze. Dyć skuli tego Ślónsk durch żyje w naszych sercach, a jego niepodległości niy trza bronić gewerami, styknie mieć w zocy Tradycja, Ciyrpliwość i Wierność. Na skwol pisza z dużych liter, bo sam niy idzie o „krupnioka i chopa z boncloka” – ale o richtig głymboko, choć niy zowdy po imiyniu nazywano: Wiara, Nadzieja i Miłość.

 

Wiara jak powietrze, czyli świętość po śląsku

07 sty

2015_01_STARKA

Pisałem już wiele o dawnej historii Ślązaków, opisując różne epizody wojenne i życie rodzinne. Tym razem chciałbym na chwile przystanąć przed tematem życia duchowego. Wczoraj przypomniałem sobie film „Braciszek” (2007), który w założeniu miał być biograficzną ilustracją franciszkanina, Alojzego Kosiby, umierającego w opinii świętości. Film w równym stopniu wciąga, co odpycha. Z jednej strony mamy ujmujący klimat dawnej wsi i klasztornego życia, z drugiej – irytującą postać Braciszka, który na każdym kroku obnosi się ze swoją „świętością”. Jeśli pierwowzór głównego bohatera, brat Alojzy, był faktycznie święty, to film jest jakimś paszkwilem – bo na pewno nie oddaje świętości, raczej jej karykaturę… Tutaj film:
http://gloria.tv/?media=418585&language=YiwzPCkSG6u

Można przyjąć założenie, że braciszek był człowiekiem prostym do bólu i przez to jego droga do świętości miała charakter groteskowy. Ale i tutaj czuje się pewną sprzeczność. Znam osoby proste, które były mądre i święte – bo ich najgłębszą siłą duchową było uznanie swej małości w głębi ducha i w faktycznej postawie, nie w gestach na pokaz. Pokora takich ludzi wygląda zupełnie inaczej, niż u tytułowego Braciszka. I właśnie taka pokora była nieodłącznym rytem śląskiej religijności. Nie pamiętam nigdy żadnej ostentacji w tym zakresie u moich dziadków. Kiedy moja Babcia chciała się pomodlić, robiła to po ewangelicznemu, zamykając się w swej izdebce. Kiedy chciała nam przekazać jakąś naukę katechizmową, zaczynała od życiowych sytuacji, aby w sposób zupełnie przyprowadzić mnie do odpowiedzi na najważniejsze pytania. W religijnym praktykowaniu nie czułem nigdy ze strony dziadków żadnego przymusu, choć sami traktowali tę sferę bardzo poważnie.

Wróćmy jeszcze na chwilkę do filmowego Braciszka. Kwestią chyba najbardziej irytującą jest jego postawa wobec jałmużny – nastawiona na wyłudzanie darów. Świętość nie wyklucza przyjmowania daru złożonego wspólnocie, ale musi spełniać dwa warunki: na pierwszym miejscu powinna iść osobista chęć pomocy (za którą można przyjąć dowolnie złożone wynagrodzenie – takie chyba było założenie samego św. Franciszka?), po drugie nie można określać swych oczekiwań względem jałmużny, bo wtedy staje się ona jakąś formą haraczu, a nie darem… Postawa filmowego Braciszka wygląda mi więc raczej na neurotyczną obsesję pragnienia świętości, mającą jednak niewiele wspólnego z duchowością franciszkańską. Film stanowi dobre studium psychologiczne pewnych fiksacji religijnych, gdzie chęć służenia i autentyczna postawa ascezy zderza się z pozbawioną empatii bigoterią i ubranym w szaty pokory egocentryzmem. Natomiast w żadnym calu nie jest biografią Świętego. Taka postawa może bardziej do wiary zniechęcić. Natomiast prawdziwe świadectwo wyniosłem z tych jakże naturalnych relacji z Dziadkami, którzy nie musieli wobec mnie stosować żadnej indoktrynacji, bo wiara była dla nich jak powietrze – choć niewidzialna i nienamacalna, to jednak na wskroś realna, bo nią się po prostu na co dzień oddychało.

 
 

Z familoka w szeroki świat…

01 gru

2014_12_Simonides_Szopienice_lata_20-te

Wesele w Szopienicach (lata dwudzieste) – pośrodku książka Doroty Simonides, która przenosi nas w wir codziennego życia na Górnym Śląsku w latach przed- i powojennych…

„Szczęście w garści” to książka, która działa jak wir – najpierw człowiek leniwie obraca się dokoła liter, coraz bardziej przyspieszając, by po chwili całkowicie zniknąć w czeluści minionego świata. Dostałem ją w prezencie – czytając, czułem niemal fizyczne jak uruchamia się wehikuł czasu, przenoszący mnie na dawny Śląsk – ten, który już bezpowrotnie przeminął. Nie ukrywam, że najpiękniejsze były właśnie te pierwsze rozdziały - o dzieciństwie i młodości. Przy okazji tych magicznych wędrówek w czasie była też możliwość odbycia fascynującej podróży w głąb wewnętrznego świata małej Dorci i dorastającej Dorki ze Śląska. Bo wartością tej książki jest również jej subiektywność. Więcej o tej pozycji można przeczytać choćby tutaj: culture.pl/pl/dzielo/dorota-simonides-szczescie-w-garsci-z-familoka-w-szeroki-swiat

Wizja „ajncli” z jedną kuchnią – to mój świat dzieciństwa. I ciekawe spostrzeżenia, które snuje Autorka: że zasobność życia jest odczuciem całkowicie relatywnym. Choć sam nie miałem kolegów w lepiankach, które opisuje pani Dorota, to miałem kolegów w familokach jeszcze biedniejszych od mojego, gdzie bieda często się łączyła z patologią. W zetknięciu ze światem zewnętrznym czuliśmy może pewien dyskomfort, wywołany poczuciem jakiejś niedostępności, wynikającym z kompleksów, które pewnie tłumaczyły też pozorną wrogość do „obcych” (świadomie jednak piszę „pozorną”, bo za zewnętrzną szorstkością wcale nie kryła się jakaś nienawiść – raczej lęk przed brakiem akceptacji). A jednak nasze życie podwórkowe wszystkich ze sobą zrównywało. Czuło się w tej naszej biedzie pewną wspólnotę, w której znikały wszelkie różnice – skąd kto pochodził, jakiego był wyznania (i czy w ogóle coś wyznawał), jakie miał poglądy i jakim władał językiem. Jeśli już wszedł w nasze zabawy, nie gardząc tym, co dla nas stanowiło cały świat – był „nasz”. 

Żywe wspomnienia obudziła też we mnie ilustracja tego wspólnego życia mieszkańców familoka –wzajemne zachodzenie do siebie sąsiadów bez pukania (do zawsze otwartego mieszkania), dyżury w myciu sieni, pomoc w noszeniu węgla, wspólne przesiadywanie na ławeczce przed „zegródkiem” (bo za każdym podwórkiem musiał być choć fragment ogródka. Przypomniałem sobie te wielkie prania w soboty (gdy jeszcze nie były wolne i ze szkoły wracało się prosto do zaparowanej „sauny” w całym domu). Albo grzanie wody na piecu do kąpieli – też była wielka, sobotnia ceremonia.  (potem się to zmieniło, z zakupem junkersa). Sąsiadki miały prawo nas karcić pod nieobecność rodziców, bo były jakby przedłużeniem familiarnego środowiska – ale też można było zawsze liczyć na to, że w razie potrzeby przygarnęły pod dach i nakarmiły. Żal mi było, kiedy z powodu polityki eksmisyjnej w naszym Mieście stopniowo zanikała ta dawna więź, a familok stał się jedynie rodzajem ubogiego bloku z anonimowymi mieszkańcami… Z tym większą przyjemnością wracam dziś do wspomnień, których drzwi uchyliła książka pani Profesor.

 

Śląska monadologia

07 lis

9. Marta-kurs gospodyń domowych

Kurs gospodyń domowych, w którym brała udział moja Babcia, Górny Śląsk, rejon: Katowice-Szopienice

Specyfika społecznej struktury Górnego Śląska polegała w dużej mierze na zepchnięciu rdzennych mieszkańców do klasy podporządkowanej. Klasę panującą, wraz z techniczną i urzędniczą kadrą kierowniczą, stanowili przed rozbiorami Niemcy – tak jak z chwilą nastania Polski byli to na ogół Polacy z dawnego zaboru rosyjskiego lub austriackiego. Czasy sowieckie nasiliły ten proceder, nakazując obsadzanie ważniejszych stanowisk ludźmi z zewnątrz, bo Ślązacy byli dla nowych władz „niepewni” – no chyba, że któryś wykazał się postawą uległą wobec nowej władzy. Oczywiście nie brakowało wyjątków – wszystko zależało od lokalnych władz partyjnych. Nawet wśród nauczycieli trudno było o kogoś z typowo śląskim rodowodem (a jeśli taki się zdarzył, to z reguły się do śląskości nie przyznawał) – dopiero schyłkowe czasy PRL-u coś zmieniły, bo pamiętam w latach 80-tych rychtorów, kerzy przi szkolorzach poradzili godać – i niy było im gańba. Ale lata plebejskiego traktowania Ślązaków swoje zrobiły – odczuć to można po zakorzenionym kompleksie młodych ludzi, którzy często nie chcą wychodzić do świata ze swoją znajomością śląskiego, zatrzymując ją jedynie na użytek domowy.

Dzisiaj brakuje mi takiej dumy ze swojej godki i kultury, jak to ma miejsce u Podhalan czy Kaszubów, którzy chętnie eksponują swoją odrębność. A kiedy już ktoś ze Ślązaków pozbywa się tego uprzedzenia, często uszy więdną od wulgarnej wersji śląszczyzny, która przecież nigdy nie znała słów wulgarniejszych od „pieróna kandego”. Daje się też odczuć ogromne spustoszenie, jakie poczynił brak kodyfikacji języka, brak spisanej literatury. Doprowadziło to do zaniku wielu rdzennych słów – młodzi ludzie zaczęli wypełniać tę lukę, zastępując brakujące słowa germanizmami lub pokracznymi neologizmami. Z drugiej strony można też zaobserwować zjawisko kryptokultury śląskiej – ludzie doskonale władający piękną śląszczyzną, nie afiszują się z tym na zewnątrz, kultywując swoje „bezludne wyspy śląskości”, niczym dawne ogródeczki na Śląsku – otoczone wysokimi płotami prywatności. Dlatego w mediach najczęściej stykamy się z boleśnie uproszczoną wersją śląskiej godki, która – jak już kiedyś pisałem – stworzona została jakby wyłącznie do użytku wewnętrznego. A przecież nic nie wprowadzi w tak swojską czy wręcz intymną atmosferę, jak odezwanie się po śląsku – ale do tego potrzebny jest kameralny klimat. Bo na estradzie takie złoto natychmiast zamienia się w błoto…

Nie o tym jednak chciałem – niniejszy wpis miał być poświęcony nie tyle śląskiej godce, co właśnie tym swojskim klimatom, jakie się przy niej tworzą. Wtedy nawet proste czynności stają się namaszczone do rangi najważniejszych spraw tego świata. Nic tak bardzo nie przywodzi mi na myśl Leibnizowskiej monadologii, jak właśnie odczucie takich śląskich klimatów, które wprowadzają nas w te magiczne, samowystarczalne mikroświaty, poza którymi nic już człowiekowi nie jest do szczęścia potrzebne. Myślę, że w tym zakresie Ślązacy są bardzo pokrewni Czechom, którzy również przez całe wieki nie wykształcili klasy arystokratycznej, mając jakby we krwi tę naturalną, demokratyczną plebejskość. Bo na Śląsku równie ważny był górnik i hutnik, co piekorz, lykorz czy aptykorz. Podział ról był umowny, zaś najważniejsze było to, co człowiek nosił w sobie, w „pojstrzodku” – ta launa, grajfka i życiowo móndrość. Czasem przeglądając stare fotografie, napotykam na szkolne zdjęcia moich dziadków, którzy uczyli się konkretnych fachów – Dziadek w jakimś warsztacie, Babcia w szkole gospodyń (lata 20-te). Przygotowanie wynieśli stamtąd bardzo konkretne i solidne (w przeciwieństwie do dzisiejszych szkół), ale jeszcze ważniejsze było to, czego się nauczyli poza własnym fachem – zasad i zaszczepionych wartości, którymi żyli do końca swych dni…

15.Warsztat

Warsztaty jako główna część nauki zawodu na Śląsku w latach 20-tych XX wieku (przeważały zajęcia praktyczne nad teoretycznymi)

 

 

Ślązacy w okopach …czyli o dziwnej i strasznej wojnie sprzed stu lat

20 paź

2014_10_Stanislaw_Kopernok_1_wojna_swiatowa

Dziadek Stanisław Kopernok – jako rekrut i w mundurze, na krótko przed wybuchem I wojny światowej

Tym razem zapraszam do krótkiego cofnięcia się o równe sto lat – do czasów I wojny światowej. Październik 1914 roku zapoczątkował na zachodzie tzw. statyczny okres wojny, trwający przez całe trzy lata. Po bitwie nad Marną, kiedy to powstrzymane zostało natarcie Niemców, front ustabilizował się w długiej linii podwójnych okopów, ciągnących się przez całą Francję – od Kanału La Manche po Szwajcarię. W błocie frontowych okopów przez kilka kolejnych jesieni, zim i wiosen mokli i marzli również chłopcy ze Śląska, którzy tak naprawdę zupełnie już się pogubili, o co właściwie walczą. Takie zwątpienie w równym stopniu dotykało zresztą ich niemieckich towarzyszy broni. Kilka lat później poczucie bezsensu i frustracji odbije się na całej Europie narodzinami dwóch największych totalitaryzmów, które w istocie czerpały napęd ze świadomości bezsensownie złożonej ofiary i rosnącej niesprawiedliwości.

 Najlepszym psychologiem I wojny światowej pozostanie dla mnie Erich Maria Remarque – to on oddał klimat pozornego spokoju wojny. Bo przecież określenie „wojna statyczna” to straszny eufemizm, najbardziej fałszujący opisanie okrucieństw tamtych lat – wszak właśnie w tym czasie Niemcy zdecydowali się po raz pierwszy na użycie broni chemicznej. Żołnierze brytyjscy umierali w potwornych mękach, gdy wiatr przyniósł do ich okopów zielono-żółtą chmurę. Przy okazji ciekawostka – właśnie przeczytałem o pierwszym w historii użyciu broni chemicznej, które miało miejsce już w …1241 roku (!), kiedy to w bitwie pod Legnicą wojska śląskie zostały pokonane przez wojska mongolskie za pomocą prymitywnych gazów bojowych (co w tamtych czasach mogli stosować, to pozostanie zagadką).

 Wróćmy jednak pierwszej wojny światowej – to właśnie 100 lat temu, dokładnie 17 października 1914 r., nastąpił wspomniany pierwszy atak gazowy. Czasem były to tylko pociski łzawiące (ksylenowe), innym razem żrący chlor (którego po raz pierwszy użyto 22 kwietnia 1915). Ale nie tylko Niemcy – później również alianci stosowali tę broń, a nierzadko zdarzało się, że gaz raził własnych żołnierzy, gdy tylko zmienił się kierunek wiatru. Wśród braci mojego pradziadka, któremu udało się przeżyć te okropieństwa wojny, z frontu wróciło tylko dwóch (plus dziadek) na sześciu. Ich trzej bracia nie zostali odnalezieni – do domu przyszła tylko enigmatyczna depesza „verloren” (zaginiony) – ciała często tak długo leżały na ziemi niczyjej, że nie sposób było je później zidentyfikować. Wojna, którą na Zachodzie nazywano „pozycyjną”, przyniosła ogromny plon śmierci – 8,5 miliona poległych i ponad 7 milionów zaginionych…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii historia